wtorek, 30 listopada 2010

Jutro jest grudzień.

A dzisiaj jest ostatni dzień mojego urlopu. Bardzo długiego urlopu, w trakcie którego odwiedziłam wiosnę, widziałam lato, zwiedziłam jesień i, w ostatnim momencie, zahaczyłam o zimę. A jutro stuk stuk stuk w obcasikach do pracy. Chociaż nie, raczej ciap ciap ciap, biorąc pod uwagę warunki realne. Ekscytacja wisi w powietrzu, mimo zapowiadanych na jutro mrozów syberyjskich.

Znalazłam taki fajny wihajster - rozwiązanie dla perfekcjonalistów, którzy lubią idealnie okrągłe śniegowe kulki. Pewnie do puree też się nada. 


Oraz...



...porządki oficjalnie uważam za zakończone! Teraz tylko trzeba nie jeść, nie pić i nie oddychać, przynajmniej do świąt, aby od razu porządki przedświąteczne mieć z głowy.  

A dzisiaj babski wieczór, takie pożegnanie z moim permanentnym lenieniem się uprawianym w ostatnim czasie. Chociaż nie, tylko złośliwi będą nazywać to lenieniem się. To była podróż, to była wędrówka, to było katharsis. Szukałam siebie przez cztery pory roku i wreszcie znalazłam! I oto ja. tadam.

Każą wróżyć dzisiaj. Ja z wróżb najchętniej to statystyki i estymacje preferuję. Tym bardziej, że te tradycyjne wróżby to jakieś niespecjalne są. Wyczytałam dzisiaj: " Innym sposobem poznania przyszłości był rzut trzewikiem przez głowę w kierunku drzwi. Jeżeli but upadł podeszwą do podłogi i był skierowany ku drzwiom to jego właścicielka wkrótce miała wyjść za mąż. Ale tę wróżbę traktowano z pewną obawą, ponieważ opuszczenie domu mogło oznaczać także wyjazd lub nawet śmierć. Trzewik, który upadł podeszwą do góry zapowiadał chorobę." Na co mi taka wróżba, która same złe rzeczy tylko umie wywróżyć?

Śnieg pada. pada pada pada...

Wczoraj, rankiem obudził mnie widok padającego za oknem białego, miękkiego puszku. Z perspektywy mojego łóżka jawił się bardzo nastrojowo. Szybko jednak okazało się, że to ZŁO. Białe, zimne, śliczne, błyszczące, po kolana zło. Sparaliżowało miasto, stawiało w poprzek drogi tiry, wykoleiło tramwaj, wydłużyło czas podróży do niebotycznych rozmiarów i odmroziło mi nos. Dwa razy. Psy się cieszą, wpadają w toto jak śliwki w kompot i zostawiają zajęcze ślady. Jest pięknie, acz zimno. Bardzo zimno. 

Daleko do wiosny?      

Cały wczorajszy dzień walczyłam z roztoczami, skarpetkami, firankami i filiżankami. Uważam, że to wręcz niemożliwe, żebym ja sama była w stanie pić z tylu kubków jednocześnie. One muszą się brudzić same, jedne od drugich. One brudzą się na złość. Inaczej tego nie widzę.

Oddawać lato! Zima jest zbyt skomplikowana.


Chciałam dać jakiś rysunek zimowy, ale nic mi nie przyszło do głowy. Więc będzie o jedzeniu, bo głodna się zrobiłam.


niedziela, 28 listopada 2010

Jak to jest?

501 w okolicach Dworca Centralnego. Rozmawia starsza pani ze starszym panem [via]:
- A kiedy wcześniej byłeś w Warszawie?
- Wcześniej to zawsze przejazdem. Bo żeby tak pozwiedzać to w '52, a potem w '59, w drodze na Mazury...



Zawsze dziwie się, jak to jest możliwe, że starsze osoby pamiętają doskonale co robiły zimą '52 roku a co latem '74 roku, skoro ja ledwo pamiętam to, co robiłam rok temu, a pamięć ma się przecież nieuchronnie pogarszać z wiekiem. Przeważnie kojarzę tylko, że byłam, że widziałam, ale dokładnie nie pamiętam kiedy. Dzisiaj zastanowiłam się chwilę nad tym i poczułam się jak dziecko obdarte ze złudzeń, z marzeń, które właśnie dowiedziało się, że Święty Mikołaj nie istnieje. Bo ta nadludzka pamięć była zawsze dla mnie elementem Życiowej Mądrości, którą starsze osoby w jakiś niewytłumaczalny sposób zyskują w akcie naznaczenia. A to wcale nie tak. Przypomniałam sobie, że przecież pamięć zmienia się na przestrzeni lat i z wiekiem zaczyna szwankować, ale tylko ta krótkotrwała, podręczna, a ta, dotycząca epizodów z naszego życia wyostrza się (bardzo niefachowo to tłumaczę, z miejsca przepraszam panią Tatianę Klonowicz za moją ignorancję*). Także mnie też to czeka! I kiedyś będę mogła przypomnieć sobie wszystkie te głupoty, które wyprawiałam i będę musiała wstydzić się za nie jeszcze raz. Super.

Poza tym kobieta zjada szminkę. Różnie różne źródła podają, ale jest to w granicy od 2 do 7 kg w ciągu życia. Statystycznie. To strasznie marnotrawstwo. 

Statystycznie też, człowiek zjada około 10 pająków w ciągu życia. Robi to przeważnie nocą śpiąc sobie beztrosko nieświadomy dokonywanego spożycia. Generalnie świadomość zjedzenia chociaż jednego pająka sprawia, że mam ochotę oszaleć żeby nie zwariować. Oglądałam namiętnie swojego czasu różne programy, w których ludzie jadali dziwne rzeczy. Pająki też. Podobno są smaczne. W panierce najlepiej. Uwędzone na patyku nad płomykiem, żeby były chrupiące. Ale ja jem oczami i jedzenie powinno być przyjemnością... 

Karaluch może żyć 9 dni bez głowy. To dziwne dość. Bo niby po co ma żyć bez głowy i co zrobić ze sobą w tej sytuacji? Czekać na śmierć? W jego przypadku powiedzenie 'stracić głowę' nabiera specyficznego znaczenia.

Natomiast żyrafa ma tak długi język, że może sobie nim dłubać w uchu. Dobrze, że ludzie tak nie mogą. Nie mogą się też polizać w łokieć. Ha! **

A co do strusia to struś ma oko większe niż mózg. Nie wiem doprawdy jak to skomentować.



* Pani Tatiana była wyjątkowym wykładowcą. Zaserwowała prawie całemu rokowi 2-krotne, 3-krotne a nawet kilkakrotne jeszcze podejście do egzaminów z psychologii ogólnej tworząc ankietę z wszystkimi poprawnymi odpowiedziami, z tym, że jedną najpoprawniejszą, ale także zaszczepiła w większości z nas miłość do jej ukochanych szczurów. Mawiała, że najlepiej przebadanymi grupami społecznymi są studenci psychologii i szczury. True.
** Ciekawe, czy jest ktoś, kto właśnie tego nie sprawdził... ;)

Się stało się.

Pożegnaliśmy się jesienią na chwilę, a trzy godziny później witaliśmy się już zasypani śniegiem. Zima nastała. Teraz najlepiej smakuje gorąca herbata z cytryną, a ciastka korzenne kupuję na pół kilogramy. Zajadam je bananami. I niechętnie wygrzebuję się z kocy, niechętnie wstaję z łóżka. Za daleko mi do wiosny...

Odliczam czas do końca i początku zarazem. Jeszcze dwa dni. Czterdzieści osiem godzin niezobowiązującej laby. Zniecierpliwiona przestępuję z nogi na nogę i zacieram ręce. Garsonki w szafie obrosły w piórka, będą się teraz idealnie prezentować na co dzień.    

Poza tym ćwiczę się w prokrastynacji. Talerze i kubki brudzą się jak na złość same, pranie czeka na upranie, jutro jutro jutro.... Dzisiaj nie. Dzisiaj jem ciastka.

A z zimy najbardziej ucieszyły się psy, chociaż i mnie, wbrew sobie, te mroźne spacery wciągają. Godzina śnieżnej tułaczki, a później kawa, herbata, ciastka i ja z książką otulona kocem. Psy śpią błogo zmęczone, bo nie łatwo jest na krótkich nóżkach biegać po polach i lasach. 

Krajobrazy zapierają dech w piersi... Jestem synestetką, więc to uczta dla moich zmysłów.   




    



czwartek, 25 listopada 2010

Deprimo*


Zobaczyłam dzisiaj to zdjęcie i zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy. Z dzieciństwa mojego.



Dzisiaj jest dzień misia. W dzieciństwie nie miałam ukochanego misia. Miałam jakieś tam miśki, ale i tak bawiłam się samochodami. Jako dziecko, w okresie przedszkolnym, nienawidziłam tej instytucji, w związku z czym zostawałam sama w domu (pod bacznym okiem taty, żeby nie było, zaglądał często do domu sprawdzić co tam u mnie). Razem ze mną zostawał talerz naleśników, które do dzisiaj uwielbiam (było to pierwsze 'danie' jakie mój ojciec nauczył mnie 'gotować'). W tamtym czasie nie bawiłam się jak moi rówieśnicy miśkami, lalkami czy innymi ustrojstwami, ponieważ wolałam słuchać płyt (czarnych, okrągłych) na adapterze. Uważam, że warto sobie wyobrazić około pięcioletnią dziewczynkę z dwoma warkoczykami, która leży na dywanie obłożona płytami, wcina naleśniki i ustawia malutkimi paluszkami adapter (trzeba było igłą odpowiednio trafić). Do dzisiaj pamiętam, jak zasłuchiwałam się w bajkach. A były niesamowite - te dźwięki, głosy, odgłosy i moja wyobraźnia malująca obrazy do słuchanych historii. Myślę, że to właśnie wtedy zaczęłam ćwiczyć swoją wyobraźnię w kierunku wybujała. Rok później użyłam jej na przykład na pani przedszkolance opisując ze szczegółami swoją wielobarwną papugę i jej zwyczaje. Uwierzyła. Nawet mama nie dała rady wyprowadzić jej z (o)błędu, bo mój opis był nad wyraz szczegółowy i wielowątkowy - w tym wieku dzieci mówią prawdę, przecież nie kłamią. I jak nie kłamałam, proszę pani, poprostu zostałam zapytana o zwierzątko, którego nie miałam a chciałam mieć. Inne dzieci miały psy, chomiki czy koty. Papuga była tylko moja. Nie na darmo karmiłam swój umysł historiami o rajskich ptakach przez poprzedni rok, żeby sobie papugi nie wymyślić.

Wyobraźnia została mi do dzisiaj i chyba wrażliwość z tym związana. Zamiast słuchać bajek czytam książki. Chociaż nie, przepraszam, bajek też słucham - tych opowiadanych przez facetów ;) 

Z tym zostawaniem w domu to wogóle były sensacje. Bo ja zawsze nad wyraz samodzielna byłam. Zosię Samosię należało raczej nazwać moim imieniem. Mama zgadzała się na ten układ chyba tylko dlatego, że logistycznie było łatwiej (ja do dzisiaj pamiętam to wstawanie o 4 rano i naciąganie na moje zaspane, giętkie nóżki tych sztucznych, sztywnych i nieelastyczny rajstopek w trapezowe wytłoczyny). No i tatuś był zobowiązany doglądać pierworodnej często. Ale, że kilka razy zdarzyło mi się otworzyć drzwi bo ktoś dzwonił, to skończyło się rumakowanie i trzeba było do przedszkola grzecznie chodzić. A nienawidziłam go szczerze. 

Hmm... dzisiaj myślę, że ja chyba nie byłam wystarczająco pokorna. W żłobku, pamiętam, jak za karę ze starszaków przesunięto mnie dyscyplinarnie do maluchów (każdy wie, jaka to tragedia i hańba i potwarz). Grupa starszaków nie była przygotowana na taką jedną mnie. W maluchach ruch był mniejszy więc i możliwości okiełznania Porcelanowej było teoretycznie więcej. W praktyce i tak nie mieli szans.   

A teraz przydałoby mi się coś takiego jak poniżej. Google maps nie pokazuje niestety obiektów z tymi śrubkami.

        


* Jest to zaklęcie pochodzące z Harrego Pottera. Umieściłam je dlatego, że rozśmieszyło mnie tłumaczenie: dokładnie nie wiadomo co znaczy, gdyż było użyte tylko raz, a wtedy zrobiło dużą dziurę na wylot w drewnianej podłodze.  Niemniej jednak to musi być fajne zaklęcie ;)


Boże, uchroń mnie przed facetem, o którym znowu pomyślę, że jest inny. 

Czasem przeraża mnie to, jak szybko osoba anonimowa staję się bliską osobą, a bliska osoba - anonimową... 

Gdy zostawia się za sobą przeszłość, nagle rodzi się nadzieja, że te wspólne, dobre dni jeszcze nadejdą. Wspólne śniadania, spojrzenia głęboko w oczy, ciepłe pocałunki w szyję i kark, wieczorne oglądanie filmów, kiedy bardziej się chce zostać w domu niż z niego wychodzić, wyjazdy na Mazury i to, że budząc się w środku nocy zawsze jest się do kogo przytulić...Dobrze, tak dobrze jest mieć o kim myśleć. Już dość przeszłości, nie mam sił.      

Mdli mnie już od tej monotematyczności. Grudniu bądź już i zakończ ten rok.    



środa, 24 listopada 2010

Taką mam refleksję...



Po co komu żaba jakaś nieruchawa, skoro mógłby mieć od razu księżniczkę? ;) 

A wogóle to kuchnia polska zmniejsza stres. Nasze babki i prababki musiały dobrze o tym wiedzieć w tym ówczesnym patriarchalnym systemie świata. Dzisiaj, dla przykładu, zapragnęłam schabowego. Po tych wszystkich pastach i lasagnach zachciało mi się zwyczajnego kotleta. Jak każdy wie, kotleta trzeba odpowiednio utłuc. Ja swojego, pod wpływem emocji rozpaćkałam na grubość papirusa. Natłok myśli zmaterializowałam w postaci wiadomości tekstowej (pozdrawiam adresata), co wyeliminowało problem zalania mnie krwią, żółcią i innymi płynami. Zen... Niech żyje schabowy! Z ziemniakami i kiszoną kapustą. Smacznego.    

ps. Chociaż nadal gdzieś tam w zakamarkach mózgu kołaczą się mordercze myśli... 



I stało się!

Po dniach i godzinach niecierpliwego wyczekiwania, od którego powietrze zastygało w skorpuie bezruchu a cyfry na tarczy zegara w popłochu układały się w wyczekiwaną godzinę... stało się! I już teraz jest! 



Robię się sentymentalna bardziej jeszcze niż byłam bleee, bo korki po szampanach schowałam do Pudełka z Rzeczami Życiowo Istotnymi. Będę je pokazywała dzieciom i wnuczkom za każdym razem napełniając oczy łzami wzruszenia. Tak własnie będzie! Wypiszczałam się wczoraj za wsze czasy, odebrałam milion telefonów z gratulacjami, dostałam kilka bardzo miłych komciów na fejsbuku i generalnie szalałam ze szczęścia obcałowując się z gratulującymi i wznoszącymi toasty. Strasznie się cieszę, bo czułam się jak koń kipiący adrenaliną czekający na sygnał startu, którego ciągle nie było słychać.

Marzenia się spełniają.....


....dlatego...

   
A co! 

Dodatkowo otworzyłam chińskie ciasteczko z taką wróżbą, że ho ho! No lepiej to już chyba być nie może*  Jest zimno, szaro, dżdżyście, wspaniale, siedzę i piszę chrupiąc cynamonowe ciasteczka. Idealnie smakują z tą pogodą za oknem. Koniec laby zbliża się ogromnymi krokami. A ja stoję podglądając przez judasza jego przyjście. Jest szał!

I na koniec trochę wtajemniczenia w to, czego opisana ta szalona i nieopanowana radość moja dotyczyła :)



* e tam, wiem, że może.. ;) 




wtorek, 23 listopada 2010

Setny post.

Nocne rozmowy w samochodzie....
On: Strasznie pada
Ona: Strasznie, ale nie można tego zatrzymać, bo chmury nabrałyby wody i spadły na ziemię jak kamienie... 

Mój Anioł Stróż się chyba za dużo brazylijskich telenoweli naoglądał, bo w tworzeniu zawiłych scenariuszy z nagłymi, dramatycznymi zwrotami akcji nie ma sobie równych. Chłop się marnuje ćwicząc tą fabułę na mnie, bo ja jestem nieporadnym aktorem. Ciągle zapominam tekstu i gubię rekwizyty. Jedyne tylko, że wiarę mam, nadzieję i miłość. To cały mój warsztat aktorski.



poniedziałek, 22 listopada 2010

Nic nie czuję. 

Nie wiem skąd te zmiany, ale wszystko z dnia na dzień wygląda inaczej. Jeszcze parę dni temu zalałam się łzami, bo postanowiliśmy spotkać się w innym czasie, nie teraz. I naprawdę szczerze wtedy płakałam ze smutku i z tego całego dramatyzmu pożegnania. A teraz?  Kurwa, czy ja nie mam uczuć? Nie tęsknię, nie czekam niecierpliwie na sygnał smsa, nie myślę i nie zastanawiam się. I to nawet nie chodzi o tego bruneta poznanego w piątek, bo ja zawsze dla miłości, zauroczenia, zrywu serca wszystko rzucałam. Coraz mniej czasu zajmuje zapominanie o tych wspólnych chwilach, ale dlaczego przychodzi mi to tak łatwo. Coraz łatwiej za każdym razem... Może to nie to? Więc dlaczego jeszcze chwilę temu tak dobrze smakowało? Naprawdę Cię polubiłam i kto wie, co mogłoby się wydarzyć...

Stałam wczoraj w nocy na tarasie z kieliszkiem wina w ręce i nie myślałam o Tobie, jak to byłam zwykła kiedyś robić. Myślałam o sobie, o przyszłości, o marzeniach i najbliższych dniach. A potem poszłam do kina. Dlaczego nie myślałam o Tobie? Dlaczego już nie czuję zazdrości, zobowiązania czy przywiązania? Dlaczego nawet jeśli myślę o miłych, wspólnych chwilach z Tobą, to wcale nie chcę obudzić się obok Ciebie rano. Bo lubię swoją wolność, moją przestrzeń i nie chcę teraz nikogo do niej wpuszczać. I chcę mieć całe łóżko dla siebie i rano sama wypić sobie kawę słuchając Tracy Chapman.

Nie chce mi się bawić teraz w związki. Nie chce mi się wierzyć, ufać, kochać i bawić się w ten cały syf prowadzący niezmiennie do złamań otwartych serca. Lubię Twój uśmiech, ale czy to nie mało?      


Narcyzm.

Podobno wszyscy jesteśmy narcyzmami. Mamy w sobie zalążki pychy i nonszalancji. Ja swoim czasem pozwalam kiełkować, pod baczną uwagą skromności. Ale całkiem przyjemnie jest nie dać kilku facetom swojego numeru telefonu, karmiąc się słodką świadomością, że gdyby się chciało, to ten wieczór mógłby mieć różne zakończenia...      

A to sobotni poranek.



Lubię mgłę. Lubię ją nocą w lesie i snującą się po polach, wieczorami w parkowych alejkach błądzącą między latarniami, latem lubię ją pieszczącą taflę jeziora. A teraz lubię te mgliste, jesienne poranki z rozmazanym na niebie słońcem.

W knajpach nie można palić. Zupełnie inna atmosfera panuje bez tej mglistej, kawiarnianej atmosfery. Jest lżejsza.  


Nigdy nie zastanawiałam się, jak czują się żony/kochanki/byłe kochanki pisarzy. Nie miałam powodów rozważać tego, co czują czytając ich książki. Pamiętam, gdy zafascynowana Bezsennością w sieci myślałam, że Wiśniewski jest idealnym facetem, jedynym w swoim rodzaju rozumiejącym życie, kobiety i prawdziwą miłość. Chciałam wtedy kochać i być kochaną tak, jak on pisze, że można to robić.

Wiem, że mogłabym tego nie czytać, ale nie umiem się powstrzymać i co jakiś czas zaglądam na ten Twój cholerny promocyjny profil. I zazwyczaj się nie ekscytuję bo wyschłam już z nadmiaru doznań, ale dzisiaj mną wstrząsnęły trzy emocje. Trzy nieprzyjemne emocje. Pieprzenie głupot, o których się nie ma żadnego pojęcia, udawanie kogoś, kim się nie jest, nigdy nie było i nie będzie. Ja wiem, że panie chcą czytać takie historie, bo to takie w babskim stylu czytanie o idealnej miłości, ale do cholery, tam są dpryski mojego życia, to co jest/było między nami ląduje w tej książce. Tylko w krzywym zwierciadle. Granie pieprzonego Wertera. Bo tak łatwiej? Bo łatwiej napisać, że ona już więcej nie zadzwoni, że to cholerna niespełniona miłość, bo zbyt ciężko było się wysilić i sprawić, by czułe słówka wyszły gdzieś dalej poza ekran telefonu czy monitora i zaczęły żyć swoim własnym, cudownym życiem?

To było moich szesnaście milionów czterysta dwadzieścia osiem minut szczęścia, kolorowych fajerwerków i chodzenia dziesięć centymetrów nad ziemią. To były wspólne szalone plany, noce do wschodu słońca, Ray Charles do wina i kolacje z Człowiekiem z blizną. To był najlepszy jaki jadłam makaron z łososiem w Tiff i te długie spojrzenia, które mówiły wszystko. Starzy jesteśmy, a wpadliśmy jak dzieciaki. Z dnia na dzień, intensywnie do granic możliwości, staliśmy się dla siebie całym światem. A później były Twoje cztery konfabulacje. Niepotrzebne, cholernie niepotrzebne cztery konfabulacje i zazdrość. Straciłeś wszystko w ciągu jednego dnia. A ja do dzisiaj piszę z Tobą te durnowate smsy, które już ani nie przywołują przeszłości, ani nie budują przyszłości. Piszę je, bo jestem cholernym uwarunkowanym psem Pawłowa, który słysząc sygnał smsu i widząc Twoje imię na ekranie telefonu ma pozytywne korelacje. Głupie miłe skojarzenia dające ten jeden szybszy skurcz serca więcej. Kupiłeś mnie wtedy tą różą w zimową noc i pomyślałam, że może nie jesteś dupkiem. I później wiele razy kupowałeś mnie tą samą różą, gdy przekonywałam się coraz bardziej do Twojej nierealności. Aż wreszcie róża uschła, czarne płatki jej opadły i został sam kikut. Brzydki, suchy, z kolcami.

Ja wiem, że użalanie się nad sobą i wmawianie sobie dramatyzmu sytuacji daje kopa twórczej wenie, bo łatwiej pisze się o smutkach i niespełnieniach niż o wszechogarniającej radości, jednak uważaj, bo Werter też wmówił sobie nieszczęśliwą miłość, ale był głupim dupkiem, który nawet porządnie samobójstwa nie umiał popełnić.


niedziela, 21 listopada 2010

Nowy Świat wieczorem we mgle wylądał wczoraj cudownie. To moje ulubione miejsce w Warszawie. Zawsze tak samo romantyczne, bez względu na porę roku. A może jest takie ze względu na wspomnienia?

Dostałam piękne kwiaty i nawet przez moment zastanawiałam się, czy nie powtórzyć tego spotkania...

Chyba Pan Cejrowski miał takie przemyślenia na temat brzmienia słowa motyl. Po polsku to taki lekko dźwięczny wyraz. W języku angielskim butterfly - delikatnie wymawiany. Po francusku równie subtelnie brzmi papillon. A po niemiecku SCHMETTERLING !!! Jakby ktoś jakimś żelastwem w nas rzucił. Bij mnie, gryź mnie, mów do mnie po niemiecku ;)

Ale żeby nie było przekłamań, bo ja wielką fanką germańskiego jestem, ta oto piosenka do poduszki:


czwartek, 18 listopada 2010

Nieodkryte.

Ostatnio natchniona Twoim pytaniem 'Czego chcę od życia?' sama zaczęłam się nad tym zastanawiać. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Wiele spraw wyklarowało się w ostatnim czasie, niektóre bitwy jeszcze muszę stoczyć. Też sama z sobą. Zawodowo dokładnie wiem, w którym kierunku chcę iść i jakie cele osiągnąć. I tutaj jestem fighterem. Ale prywatnie ciągle układam puzzle z różnych spraw i stale nic do siebie nie pasuje. Było mi dobrze sama ze sobą, myślałam, że teraz jest czas na zabawę i szaleństwa. I podniecała mnie ta myśl o wolności, której tak naprawdę nigdy nie miałam. A później spędziliśmy kilka miłych chwil i zatęskniłam za tą śmieszną stabilizacją we dwoje. 

A teraz?
Teraz brakuje mi wiesz czego. A poza tym mam zamiar świetnie wyglądać i świetnie się bawić. Czy z kimś? Zobaczymy. Chętnie. Trochę żałuję, że spotkaliśmy się w złym momencie w złym czasie. Chwilami trochę myślę o Tobie, chociaż ostatnio nie mam na to czasu. Wkurzam się za to cholerne jeszcze, bo wiem, że to jakiś tam koniec. Bo ja taka już jestem, że w moim świecie nie ma żadnego jeszcze. Jest tu i teraz. Niewykorzystane okazje się mszczą i mam wrażenie, że ja pozwalam tej sytuacji być niewykorzystaną. Ale nie zrobię nic, bo taka już jestem. Bo śmieszą mnie Ci, którzy są jak bluszcze. Którzy chwytają się tak mocno, że wysysają cały smak i gdy odchodzą czuć tylko ulgę. Bo sama nie wiem, czy chciałabym tego tak naprawdę. Wcześniej nie chciałam, więc może to tylko chwilowa fanaberia? Może niebanalna fizyka bez miejsca na chemię? Bo chcę być szczęśliwa. To moje egoistyczne pragnienie. Myślę, że jeśli spotyka się na swojej drodze kogoś wyjątkowego, to nie pozwala mu się tak zwyczajnie odejść. Tak myślę. Cena nie gra roli.

Czytam czasem to, co On pisze. Intrygująco być czyjąś inspiracją. Mogę być natchnieniem, bo już niczym więcej nie chcę być. Czy wiesz, że spaliłam ten most? Dokładnie tak, jak lubię. Rozkoszowałam się tym bólem, gdy myślałam o pozostawionych za sobą zgliszczach Wielkiej Miłości. Kiedyś znaczyło to dla mnie tak wiele, a dzisiaj... dzisiaj to tylko kolejne czarno białe zdjęcie w albumie życia, na które kiedyś spojrzę i będę starała się przypomnieć sobie Jego imię. Szkoda, że nie było happy endu.                  




wtorek, 16 listopada 2010

W moim bloku mieszkała młoda dziewczyna. Szczupła, miła blondynka, zawsze ekscentrycznie ubrana, przez co zwracała swoją uwagę. Niewiele mogę o niej powiedzieć, w zasadzie znałyśmy się tylko dlatego, że obie miałyśmy psy, a to zawsze skłania do rozmów, choćby sporadycznych i czysto kurtuazyjnych. Często widziałam ją z mężczyzną, nie pamietam już dzisiaj, czy stale tym samym czy z innymi. Piszę to bez żadnych podtekstów, poprostu niesamowite było patrzeć, jak na swój sposób dbali o Nią, zwłaszcza, gdy Ona nie była w stanie zadbać o siebie. Była narkomanką. 

Ostatnio kilka razy zastanawiałam się, co się z nią dzieje, bo nie spotykałyśmy się jak dawniej. Podejrzewałam, że sąsiedzi doprowadzili do eksmisji.

Mijając Ją myślałam zawsze, że jest mi Jej zwyczajnie po ludzku szkoda. Młoda, ładna dziewczyna z najpiękniejszym pitbulem, jakiego kiedykolwiek widziałam, zawsze wesoło merdający ogonem i skaczący koło Niej. Szczęśliwy pies. Czasem prosiła sąsiadów o jedzenie dla niego. Nie wiem, czy to moje psychologiczne spaczenie, ale wydaje mi się, że ludzie sami sobie takiego losu nie wybierają. To zawsze coś złego czy bolesnego, co spotyka ich w życiu, podsuwa środki na uśmierzenie bólu. Szczęśliwi ludzie nie stają się uzależnieni.

Dzisiaj wiem, że nie żyje.          

Miała 29 lat. 

I całe życie przed sobą. Na śmierć nigdy nie ma odpowiedniej pory, ale natrętnie przychodzi mi do głowy myśl, że to za wczesna śmierć, niepotrzebna, beznadziejnie niesprawiedliwa, nieszczęśliwa, samotna.  

Żałuję, że nie dowiedziałam się nawet, jak miała na imię.  


Nigdy nie mów nigdy?
A jeśli powiem, że NIGDY więcej to czy wodzę los na pokuszenie?

Los to tania dziwka. Oddaje się temu, kto się ładniej uśmiecha.





poniedziałek, 15 listopada 2010

I don't want realism. I want magic...


Jakoś tak się zrobiło bez znaczenia.
Dzień za dniem mija, jeden podobny do drugiego.
Nic. Dzieje się NIC.
Nawet las jest taki zrezygnowany.
Już nie szeleści liśćmi, nie słychać ptaków, jest tylko głucha, głupia cisza wyczekiwania na zimę.
I tylko powietrze gęste jest od moich niecierpliwości.
Doszło do tego, że momentami odpalam papierosa za papierosem, a przecież nie palę!
Tyle, że widok dymu ulatującego w powietrze działa na mnie uspakajająco.
Gdybym była kotem z pewnością oddawałabym się błogim kocimiętkowym sesjom.
Byle tylko oszukać myśli.
Byle przeczekać ten czas zawieszenia.
Jedzenie mi mniej smakuje, słońce świeci słabiej i nawet gry miłosne nie budzą motyli do lotu...
Potrzebuję poruszeń i żeby mi oczy znów zaczęły błyszczeć...




niedziela, 14 listopada 2010

Stoję teraz na tarasie, nad głową mam bezchmurne niebo koloru atramentu i błyszczącą połówkę księżyca. I wprawia mnie to w niemy zachwyt. Uwielbiam takie wieczory, spokojne, lekko gwiaździste, ciche, kiedy jest się poprostu tu i teraz...
Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Zawsze stojąc pod tym bezmiarem granatu przychodzi mi na myśl ten cytat. To niesamowite uczucie, kiedy niemalże staję się częścią tego kosmicznego krajobrazu. Pamiętam, jak jeszcze niedawno stojąc na plaży w całkowitej ciemności, otoczona milionem gwiazd i szumem morskich fal, nie myślałam o niczym, poprostu byłam... Mało jest takich momentów, kiedy przestaje się myśleć i zaczyna się tylko czuć, czuć całym sobą. Każde wrażenie staje się takie wyraźne i intensywne.
Kiedyś na takiej plaży usłyszałam najpiękniejsze, najmocniejsze i najpoważniejsze słowa, jakie kiedykolwiek mogłam usłyszeć. To było niesamowite, zaczarowało mnie nieodwracalnie, raz na zawsze, nawet jeśli trwało niewiele dłużej niż do wschodu słońca.    
Brakuje mi tych letnich przegadanych nocy, smakujących winem i grzankami. I tego ciepłego powietrza. I sierpniowych spadających gwiazd przywołujących na myśl te wszystkie marzenia czekające na swoje spełnienie. 
Trochę za często słyszę ostatnio kocham... A tak naprawdę co to znaczy? Czy trwa dłużej niż ta chwila? 

Czuję burzę w powietrzu. I, szczerze mówiąc, nie mogę się jej już doczekać... 


Kawa sama podsuwa swoje wróżby ;)




piątek, 12 listopada 2010

Never ending story? 

Sms
Jeden, drugi, czterdziestyósmy...
Kolejny maraton pisania
Słodkich kłamstw
Przebrzmiałej przeszłości
Kiedy te słowa przestały cokolwiek znaczyć?
Ach, pamiętam!
To było tego wrześniowego wieczoru
Kiedy wyłączyłam telefon na noc
A rano obudziłam się wyspana
Chciałabym, żebyś poznał sam siebie
Bo ja już nie chcę Ciebie znać 
Potrzebujesz iluzji, a ja jestem realna

Spróbuj? Nie umiem. Nie chcę. 


James Blake - Limit To Your Love.
Przepiękne klawisze, przepiękny głos, wsłuchuję się w dźwięki od kilku dni. 





czwartek, 11 listopada 2010

Rosół z makaronem.

Najlepszy robi moja mama.
Uwielbiam przedługie rozmowy z Nią
Przez telefon głównie, z racji odległości
Kawkujemy, śmiejemy się, kłócimy i wciąż osiagamy kolejne consensusy...
A dzisiaj dostałam od niej strasznie ciepłego maila
Użyła słowa zmysłowy
i podpisała się ma
Jestem zszokowana
Fantastycznie zszokowana moją mamą
Uwielbiam ją z całych sił
Chociaż czasem nie jest lekko
Ale to nieważne
Mam to szczęście, że nigdy nie jest tak, że nie mamy o czym ze sobą rozmawiać...




Poprostu.

Tęsknie...

I wiem, że znów za to dostanę po dupie. Ale tęsknie.
Fuck.
A miałam nie tęsknić i miałam być twarda.
Bo tak jest bezpieczniej dla mnie.
Bo dość mam już rozterek na temat zdrad.
Nieodpisanych smsów.
I strachu.
Go with the flow?

Dostojny kot wieczorny.





To co mnie najbardziej pociąga i przeraża, jednocześnie...



środa, 10 listopada 2010

Fabryka chimer.

Lubię uciekać z domu
Tak choćby na jedną noc
W pośpiechu pakować szczoteczkę, suszarkę i perfumy
I psy
I szybko zbiegać do samochodu na dół

Lubię nie spać pół nocy
Gdzieś
I patrzeć w ciemność
Odróżniać obcą noc od tej nad moim łóżkiem

Lubię budzić się rano
Czuć sobą te inne poranki
Pić kawę o smaku innej-kawy
Jeść jajecznicę o smaku innej-jajecznicy

Lubię wreszcie szczęśliwa wracać do siebie
Rzucić w nieładzie torbę przy drzwiach
Zaparzyć swoją kawę z pianką
Wziąć długą, gorącą kąpiel
I patrzeć na świat przez swoje okna
Nie myśląc o przeszłości
Niecierpliwie czekając przyszłości

Mam swoje miejsca, do których uciekam
Obce, ale moje
Tak trochę moje
Nieznane, które trzeba oswoić
I które mnie oswajają



Niewiele jest w życiu stałych rzeczy.
To, co ważne mieszczę w torebce
I w sobie
Reszta to tylko rzeczy
Fajne, ale bez znaczenia na końcu świata




Poranny leniwy kot. Ten sam, który nocą szepce do ucha najsłodsze mruczanki.


wtorek, 9 listopada 2010

Szybka detoksykacja.

(znalezione w sieci)

Nigdy nie warto tęsknić za kimś, co do kogo nie mamy pewności, że śpi tej nocy samotnie.

Tęsknienie jest przereklamowane.
Więc nie tęsknij za mną, tak jak ja nie będę tęsknić za Tobą.
Bo gdy nie słyszę tego, co chcę słyszeć i gdy nie czuję tego, co chcę czuć...

A psy? Psy dostaną dużą kość.

PS. Ciężko jest lekko żyć...  


George Michael, dziś szczególnie przemawia do mnie ten tekst. Spinning the wheel.



Bojowe farmazony.

Jestem łatwowierna
Łatwo wmówić mi wyższość
Nie moją
Tą subiektywną, nieobiektywną, tą Twoją
Ale spokojnie
Jeszcze myślę, czuję i jeszcze mi się chce
Najwyżej kieliszek Cabernet Sauvignon wypiję dla odwagi
Oraz dla krwawego smaku
I pójdę zdobywać świat
Ze szminką na ustach i w niebotycznie wysokich szpilkach
Dokładnie tak, jak lubię.


Bo bojowych barw potrzebuję w najbliższym czasie. Potu, łez i krwi. I zwycięstwa!





poniedziałek, 8 listopada 2010

W brzuchu motyle.

Nie róbmy z motyli posłańców szczęścia
One za krótko żyją

Skrzydłami robią dużo hałasu o nic
A gdy odlecą
Cisza kłuje w uszy. I w serce.

I po co to? Czy nie jest dobrze tak, jak jest?  




Czy z góry wiadomo już jaki będzie koniec? Bo zawsze koniec jest taki sam.
Przez to czuję się jak ktoś, bez przeszłości. Bo nic z tego, co kiedyś, nie zostało w dzisiaj.
Dzisiaj zaczęło się przed chwilą i będzie trwać do jutra rano.
Dopóki nie zaparzę kawy.


niedziela, 7 listopada 2010

Strach.

Przeczytałam przed chwilą o tym, jak kruche i ulotne jest życie. Jak w sekundzie zmienia pychę i dumę  w bezsilność i nieporadność. Wiem to przecież, wiem to od zawsze, a za każdym razem to samo odkrycie wstrząsa mną rzucając w jakąś cholerną, przerażającą otchłań strachu o jutro.

I zawstydziłam się. I wstydzę się dalej. Tych swoich błachych problemów, tych banalnych wątpliwości, tych bezcelowych analiz. A przecież żyję. Mogę wstać, wyjść z domu i poczuć chłód deszczu na skórze.     

Znów nie mam przepisu na życie. I tak przeraża mnie ta nieokreślona zmienność, ta nieprzewidywalna potęga w wirach której jestem śmiesznym, suchym liściem na wietrze. Liściem, jakich są miliony. Codziennie toczę tą swoją małą walkę na słowa i czyny, a to takie komicznie bez znaczenia w obliczu prawdziwych ludzkich dramatów.



Kącik słodkości.

Podobno nie można mieć i zjeść ciasteczka. Podobno.

Chyba, że jest się tym tzw. singlem.

Sama nie wiem, jak na to wszystko spojrzeć, bo świat zwariował, poprzewracał wszystko do góry nogami, mi się ziemia spod nóg osunęła i stoję taka zachwycona, zachłyśnięta trochę swoją nową wolnością. I tak nie do końca wiem, co z nią zrobić. Moje żelazne zasady czasem topią się jak masło na słońcu. I wtedy nastaje hedoznim. I źle mi z tą rozkoszą i tak cudownie, jednocześnie.   

Ciastka, ciasteczka, bezy, eklerki i rurki z kremem. Mam poniekąd ciasteczkowy zawrót głowy.

A moje podniebienie szczególnie jedno ciastko mocno rozpieszcza. A ja kosztuję i smakuję i nie mam dość... 

Sama nie wiem o co chodzi. Czy o to, że podjadam ciastko po kryjomu z pudełka schowanego wysoko na lodówce? Czy o ten obłędny smak przez który nawet gdy wracam do domu zasłodzona, to i tak jedyne o czym myślę, to że chcę więcej?
Jem to ciastko na śniadanie, obiad i kolację, czasem podjadam w nocy i zanim jeszcze na dobre się obudzę. Jem na stole i na sofie, w dużym pokoju i w sypialni, w łóżku krusząc okropnie i gdy oglądam film, jem je do whiskacza i do kawy. Im więcej jem, tym bardziej chcę jeszcze więcej.   

I nie wiem co z tym ciastkiem dalej i pierwszy raz w życiu mam to gdzieś. I choćby jutra miało nie być...





piątek, 5 listopada 2010

Chwilowa dysfunkcja organu zwanego sercem.

Nie jestem rozczarowana miłością. Raczej chwilowo jej nie potrzebuję.  

Zastanawiam się, kiedy to się wszystko tak zmieniło?   

Całe swoje życie do tej pory budowałam w oparciu o związek. Wydawało mi się, że rodzina, z ukochanym mężczyzną, wspólnymi planami na przyszłość, wspólnymi wspomnieniami, kredytem i dwoma zestawami kluczy do jednego domu da mi szczęście. Jakieś trzy razy przekonałam się, że niekoniecznie... A teraz czuję, że w zasadzie niczego więcej nie potrzebuję do szczęścia, niż to, co mam. Są miliony planów, marzeń, ambicji, ale dobrze mi z tym, co mam. Poprostu. Pierwszy raz w życiu nie potrzebuję nikogo, żeby spędzić dobry wieczór sama w swoim mieszkaniu. Co najwyżej z dobrą książką i śpiącymi na kolanach psami. 

Stworzyłam sobie szereg rytuałów, które z przyjemnością celebruję. Taką swoją intymność, do której nie mam ochoty ani potrzeby dopuszczać nikogo więcej. Wogóle mam poczucie, że nic nie muszę poza tym, co czuję. Ale to dalekie od egoizmu. Chyba poprostu pierwszy raz w życiu sama dla siebie jestem ważna, bez potrzeby szukania siebie w odbiciach innych ludzi.

Oglądając jakiś czas temu Dziwny przypadek Benjamina Buttona, film, który otworzył we mnie zawór z emocjami a one wyleciały na zewnątrz niepohamowanym potokiem,  miałam wrażenie, że takie właśnie jest moje życie - moje decyzje sprawiają, że wszystko dzieje się w odwrotnej kolejności. Teraz jestem w momencie, w którym powinnam być kilka lat temu, a w tym czasie zdążyłam dostarczyć sobie sporej dawki wrażeń. Niekoniecznie tych potrzebnych. Jakby zataczając koło. Przeżyć to wszystko, żeby wreszcie znaleźć siebie. Żeby zrozumieć. Żeby nauczyć się siebie cenić. Za wybory, za odwagę, za te wszystkie wyciągnięte wnioski i porażki, po których wstawałam i uparcie szłam dalej dążąc do obranego celu. 

Śmieję się, że gdybym miała ochotę znów cierpieć z powodu miłości, to równie dobrze mogłabym sobie palce przytrzasnąć drzwiami. Ale to nie tak. Poprostu teraz jej nie potrzebuję. Rozmawialiśmy o tym ostatnio. Ty to nazywasz problemem z zaangażowaniem się, a ja jeszcze nie wiem jak to nazwać. Póki co uważam to za chwilową dysfunkcję. Mam z kim spędzić wieczory, pić wino i głęboko patrzeć sobie w oczy. Mam komu pomarudzić przez telefon, że za oknem szaruga i że z pewnością nie mam się w co ubrać. Mam tylu wspaniałych ludzi koło siebie. I te dwa psiaki, które rano budzą mnie liżąc po nosie lub przynosząc szczura z Ikei do zabawy i których mi nikt wreszcie nie wygania z łóżka.

I mam ochotę, po najlepszej imprezie i najbardziej upojnej nocy, wracać na to swoje poddasze do tych merdających ogonów. I to mnie cieszy i bawi. Dzięki temu jestem szczęśliwa.


Sikorki wróciły.


 

czwartek, 4 listopada 2010

Jesień, jesień kapie deszczem na parasole.

Nie wiem, jak u Was, ale u mnie listopad wszedł na kolejny etap jesieni bo pada i wygląda to nieprzyjemnie. Kalosze mode on. 

Ze wstępnych ustaleń wynika, że straty w komputerze dotknęły chroma, którego musiałam wykasować, bo jak mi się wydawawało - to on powodował errory. A trzeba zaznaczyć, że byliśmy ze sobą blisko, spersonalizowaliśmy się nazwajem i rozumieli bez słów. Nowego chroma zainstalować nie mogę. I właśnie to mnie dziwi - dlaczego? System odmawia... Ładnie zepsułam, tak doszczętnie prawie. Jedyna wersja przeglądarki, jaką posiadam na lapie to IE (lol ) - pochodzi z  1845 r. I wcale nie mogę powiedzieć, że to fajnie, bo oldschoolowo. Po pierwsze piszę tego posta już trzeci raz, bo IE co jakiś czas stwierdza, że sorry ale teraz utracisz wszystko co napisałaś, bo ja się zamykam. Po drugie wogóle nie chce się logować na bloggera, z różnych tam sobie powodów. Na fejsbuku nie ma czata, a mój drugi blog rysunkowy wogóle się nie ładuje... Niefajnie. I z tego miejsca obiecuję, że już nie będę kasowała żadnych plików, tylko dlatego, że nie znam ich nazwy... Przyjmuję, że takie też są potrzebne.

Kojarzycie pewnie, jak to czasem niektórzy producenci robią coś specjalnie dla kobiet. I w taki sposób powstają np. różowe samochody. Dziewczynki w kolorze różu silnie tkwią w umysłach kreatywnych, a jakoś nigdy nie przyszło do głowy wyprodukować zestawu niebieskich patelni i fartuszków specjalnie dla Panów. Przyznam szczerze, że choć samochody wolę białe z czarnymi felgami ;) o tyle kolorki mnie kręcą i często dokonuję kompulsywnych wyborów konsumenckich z kategorii bo to jest ładne.  
Zobaczcie:


Chce to! Chce to! Chce to! Chce.... bardzo. I żeby dobrze działał, aby nie przychodziło mi do głowy udoskonalanie...

I jeszcze taką mam jedną myśl. Bo te reklamy o kobietach i dla kobiet, to zawsze przy garach i ona ten sosik tak pól dnia miesza a z torebki to szybciej i się nie zachlapie i zupa pod wpływem magicznej kosteczki nie jest płaska i walka z  mazami na szybie to też już bez octu za to z muskularnym Panem Muskułą w płynie... A ja to wcale nie lubię gotować i nie sprzątam pół dnia. Wolę książki czytać. 


   

środa, 3 listopada 2010

Fabryka czekolady.

Jeśli najdzie Was ochota na coś słodkiego, to zwłaszcza w takie jesienne, zimne wieczory, polecam białą, malinową, gorącą czekoladę z pijalni czekolady na literkę W. Mocno uzależnia, bo smakuje obłędnie. Kto wie, może się kiedyś tam spotkamy? Bo ja ostatnio często bywam i dokładnie tą czekoladę, białą, malinową popijam namiętnie.  

Wczoraj miałam dobry dzień, a piszę o tym dlatego, że w tych ostatnich tygodniach raczej borykałam się z dniami o odmiennym charakterze. Dużo zmian, decyzji, tych dobrych i tych niekoniecznie dla mnie odpowiednich. I gdyby nie nadszarpnięty wrodzony optymizm mój... Więc wczoraj wszystko poszło dobrze, lepiej, niż mogłabym sobie zażyczyć. Częściowo to moja zasługa, więc bardzo byłam zadowolona. Lubię wyzwania i lubię z sukcesem stawiać im czoło. I jak typowa niewiasta w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku przypadkowo wstąpiłam do sklepu. Kupiłam krem. Za miliony, ale z obietnicą zrobienia z buzią takich rzeczy, że zdecydowanie jestem tego warta. Miał mi dobrze zrobić, wniknąć przez pory do mózgu i chociaż czasowo podnieść poziom zadowolenia. Szkoda tylko, że ze wszystkich efektów, jakie przy tym potencjalnie mógł zaprezentować, wybrał pieczenie oczu. Cóż, może właśnie tego, zdaniem kremu posiadającego zaawansowaną kosmiczną technologię w granulkach z pogranicza sztucznej inteligencji, trzeba mi było...
Teraz muszę kupić inny krem, na piekące oczy...

Oraz czy wiecie, że dobre jest wrogiem lepszego? Ja wiedziałam, ale nie przeszkodziło mi to zupełnie udoskonalać mojego laptopa. W połowie tego procesu zaczęły pojawiać się komunikaty z errorem (z różnymi errorami w zasadzie), a teraz jest już tak źle... tak bardzo źle... dziwię się, że jestem w stanie jeszcze pisać... Informatyk potrzebny na gwałt! Trzeba będzie system od nowa stawiać...

I kończąc już spiesznie, bo mnie oczy pieką jak po maseczce z papryczek jalapeño, coś rysunkowego, coś o komputerze i o białej czekoladzie, żeby na temat było.


   

poniedziałek, 1 listopada 2010

Na tak i na nie.


Jakiś czas temu wspomniałam o mojej miłości platonicznej do Robina T. Otóż, to już nieaktualne. Umarłam i trafiłam do muzycznego nieba. Dzięki temu głosowi... Zresztą nie tylko o głos tu chodzi. 

Hurts - Wonderful Life
      
Obudziłam sie dzisiaj wcześnie rano. Dumna z siebie, bo ostatnio wstawanie nie jest moją najmocniejszą stroną. Chodzenie spać zresztą też nie. W ogóle moją mocną stroną są ostatnio słabe strony moje. Taka karma.
Przylazło do mnie futro, jedno, drugie, uwaliły się na poduszcze i tak sobie przeleżałyśmy przemiłą część poranka w ciszy i spokoju niemalże świętym. Psy kontemplowały drzemkę, ja - zawiłe ścieżki mojego życia,  pełne chaszczy i pułapek natury moralnej i etycznej. 

Mam kilka wniosków. Nie za dużo, uprzedzam.

1. Wniosek bardzo smutny. Z byłymi nie da się wcale raczej albo rzadko da się być przyjaciółmi. Zawsze ktoś cierpi, a ja się czuję podle. Im bardziej się staram, tym gorzej wychodzi. Nie da się, nie umiem. Ciężko, gdy nagle z życia znika taka ważna osoba, ale zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest najlepsze wyjście bo sytuacja robi się chora... Tylko jak tu żyć, jeśli już nie możesz się o tą osobę martwić i zapytać czasem, czy wszystko ok?

2. Nie prowadzi się wieczorem, przed snem rozmów z kategorii 'poważne'. To źle się kończy... i rano jest właśnie wspomniany kac. Moralny. Niepotrzebnie.

3. Poinformować co niektórych, choćby i pisemnie, że w godzinach 22:oo - 9:oo nie wysyła się do mnie smsów i nie dzwoni! No chyba, że przekazanie mi tej palącej sprawy niezwykłej wagi rano zmieni przyszłość mojego wszechświata. Nie wiem kiedy dałam niektórym prawo wejść sobie na głowę, ale o 5:58 zionęłam ogniem i chciałam zabić. Nie budzi się kobiety, bo wtedy będzie obudzona. Koniec. Kropka.


4. Opcja pomyślę o tym jutro, zapożyczona od Scarlett O'Hary, jest fajna. I wygodna. Nie znam jeszcze długotrwałych skutków jej stosowania. Pewnie są opłakane. Ale pomyślę o tym jutro...
5. Pisanie bloga to ekshibicjonizm. Ten luksus kosztuje.

A propos pisania bloga - też tak macie? Najlepsze myśli uciekają mi z dala od laptopa.