Chwilowa dysfunkcja organu zwanego sercem.
Nie jestem rozczarowana miłością. Raczej chwilowo jej nie potrzebuję.
Zastanawiam się, kiedy to się wszystko tak zmieniło?
Całe swoje życie do tej pory budowałam w oparciu o związek. Wydawało mi się, że rodzina, z ukochanym mężczyzną, wspólnymi planami na przyszłość, wspólnymi wspomnieniami, kredytem i dwoma zestawami kluczy do jednego domu da mi szczęście. Jakieś trzy razy przekonałam się, że niekoniecznie... A teraz czuję, że w zasadzie niczego więcej nie potrzebuję do szczęścia, niż to, co mam. Są miliony planów, marzeń, ambicji, ale dobrze mi z tym, co mam. Poprostu. Pierwszy raz w życiu nie potrzebuję nikogo, żeby spędzić dobry wieczór sama w swoim mieszkaniu. Co najwyżej z dobrą książką i śpiącymi na kolanach psami.
Stworzyłam sobie szereg rytuałów, które z przyjemnością celebruję. Taką swoją intymność, do której nie mam ochoty ani potrzeby dopuszczać nikogo więcej. Wogóle mam poczucie, że nic nie muszę poza tym, co czuję. Ale to dalekie od egoizmu. Chyba poprostu pierwszy raz w życiu sama dla siebie jestem ważna, bez potrzeby szukania siebie w odbiciach innych ludzi.
Oglądając jakiś czas temu Dziwny przypadek Benjamina Buttona, film, który otworzył we mnie zawór z emocjami a one wyleciały na zewnątrz niepohamowanym potokiem, miałam wrażenie, że takie właśnie jest moje życie - moje decyzje sprawiają, że wszystko dzieje się w odwrotnej kolejności. Teraz jestem w momencie, w którym powinnam być kilka lat temu, a w tym czasie zdążyłam dostarczyć sobie sporej dawki wrażeń. Niekoniecznie tych potrzebnych. Jakby zataczając koło. Przeżyć to wszystko, żeby wreszcie znaleźć siebie. Żeby zrozumieć. Żeby nauczyć się siebie cenić. Za wybory, za odwagę, za te wszystkie wyciągnięte wnioski i porażki, po których wstawałam i uparcie szłam dalej dążąc do obranego celu.
Śmieję się, że gdybym miała ochotę znów cierpieć z powodu miłości, to równie dobrze mogłabym sobie palce przytrzasnąć drzwiami. Ale to nie tak. Poprostu teraz jej nie potrzebuję. Rozmawialiśmy o tym ostatnio. Ty to nazywasz problemem z zaangażowaniem się, a ja jeszcze nie wiem jak to nazwać. Póki co uważam to za chwilową dysfunkcję. Mam z kim spędzić wieczory, pić wino i głęboko patrzeć sobie w oczy. Mam komu pomarudzić przez telefon, że za oknem szaruga i że z pewnością nie mam się w co ubrać. Mam tylu wspaniałych ludzi koło siebie. I te dwa psiaki, które rano budzą mnie liżąc po nosie lub przynosząc szczura z Ikei do zabawy i których mi nikt wreszcie nie wygania z łóżka.
I mam ochotę, po najlepszej imprezie i najbardziej upojnej nocy, wracać na to swoje poddasze do tych merdających ogonów. I to mnie cieszy i bawi. Dzięki temu jestem szczęśliwa.
Sikorki wróciły.