Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2012

Wrzesień mój ulubiony

Zastanów się ile ludzi właśnie traci życie, a ty krzyczysz, że nienawidzisz swojego.
                                                                                                 znalezione w sieci.




Moje marzenia żyją swoim życiem
Oderwane od rzeczywistości.
Nie wiem, czy dobrze jest pozwalać im na taką beztroskę.
Mogą poranić się o chmury
I spaść na ziemię ciężarem martwych jaskółczych ciał.
A ja?
Ja już nie wiem, czy wolno marzyć.
Czy jest sens iluminować swoje życie bez końca,
Szukając zmysłami tych chwil uniesienia,
Które owszem drażnią myśli, ale wciąż zostawiają mnie z pustymi rękoma.
Nigdy nie dorosnąć. Nigdy nie stać się paradoksem samej siebie.
W głowie mam straszny bałagan.
Taki dziwny czas przeczekania, tuż przed burzą,
Gdy konieczne ma się zdarzyć, ale jeszcze nie teraz.
Jeszcze chwil kilka zanim poleją się łzy i jesień suchymi liśćmi zamiecie naiwne uczucia.
Miłość jest tak efemeryczna.
Jest chwilą, która dzieje się niepostrzeżenie, aby zniknąć i pozostawić mnie na głodzie.
Ciągle nienasyconą.
Ciągle marzącą.

niedziela, 14 listopada 2010

Stoję teraz na tarasie, nad głową mam bezchmurne niebo koloru atramentu i błyszczącą połówkę księżyca. I wprawia mnie to w niemy zachwyt. Uwielbiam takie wieczory, spokojne, lekko gwiaździste, ciche, kiedy jest się poprostu tu i teraz...
Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Zawsze stojąc pod tym bezmiarem granatu przychodzi mi na myśl ten cytat. To niesamowite uczucie, kiedy niemalże staję się częścią tego kosmicznego krajobrazu. Pamiętam, jak jeszcze niedawno stojąc na plaży w całkowitej ciemności, otoczona milionem gwiazd i szumem morskich fal, nie myślałam o niczym, poprostu byłam... Mało jest takich momentów, kiedy przestaje się myśleć i zaczyna się tylko czuć, czuć całym sobą. Każde wrażenie staje się takie wyraźne i intensywne.
Kiedyś na takiej plaży usłyszałam najpiękniejsze, najmocniejsze i najpoważniejsze słowa, jakie kiedykolwiek mogłam usłyszeć. To było niesamowite, zaczarowało mnie nieodwracalnie, raz na zawsze, nawet jeśli trwało niewiele dłużej niż do wschodu słońca.    
Brakuje mi tych letnich przegadanych nocy, smakujących winem i grzankami. I tego ciepłego powietrza. I sierpniowych spadających gwiazd przywołujących na myśl te wszystkie marzenia czekające na swoje spełnienie. 
Trochę za często słyszę ostatnio kocham... A tak naprawdę co to znaczy? Czy trwa dłużej niż ta chwila? 

Czuję burzę w powietrzu. I, szczerze mówiąc, nie mogę się jej już doczekać... 


Kawa sama podsuwa swoje wróżby ;)




piątek, 5 listopada 2010

Chwilowa dysfunkcja organu zwanego sercem.

Nie jestem rozczarowana miłością. Raczej chwilowo jej nie potrzebuję.  

Zastanawiam się, kiedy to się wszystko tak zmieniło?   

Całe swoje życie do tej pory budowałam w oparciu o związek. Wydawało mi się, że rodzina, z ukochanym mężczyzną, wspólnymi planami na przyszłość, wspólnymi wspomnieniami, kredytem i dwoma zestawami kluczy do jednego domu da mi szczęście. Jakieś trzy razy przekonałam się, że niekoniecznie... A teraz czuję, że w zasadzie niczego więcej nie potrzebuję do szczęścia, niż to, co mam. Są miliony planów, marzeń, ambicji, ale dobrze mi z tym, co mam. Poprostu. Pierwszy raz w życiu nie potrzebuję nikogo, żeby spędzić dobry wieczór sama w swoim mieszkaniu. Co najwyżej z dobrą książką i śpiącymi na kolanach psami. 

Stworzyłam sobie szereg rytuałów, które z przyjemnością celebruję. Taką swoją intymność, do której nie mam ochoty ani potrzeby dopuszczać nikogo więcej. Wogóle mam poczucie, że nic nie muszę poza tym, co czuję. Ale to dalekie od egoizmu. Chyba poprostu pierwszy raz w życiu sama dla siebie jestem ważna, bez potrzeby szukania siebie w odbiciach innych ludzi.

Oglądając jakiś czas temu Dziwny przypadek Benjamina Buttona, film, który otworzył we mnie zawór z emocjami a one wyleciały na zewnątrz niepohamowanym potokiem,  miałam wrażenie, że takie właśnie jest moje życie - moje decyzje sprawiają, że wszystko dzieje się w odwrotnej kolejności. Teraz jestem w momencie, w którym powinnam być kilka lat temu, a w tym czasie zdążyłam dostarczyć sobie sporej dawki wrażeń. Niekoniecznie tych potrzebnych. Jakby zataczając koło. Przeżyć to wszystko, żeby wreszcie znaleźć siebie. Żeby zrozumieć. Żeby nauczyć się siebie cenić. Za wybory, za odwagę, za te wszystkie wyciągnięte wnioski i porażki, po których wstawałam i uparcie szłam dalej dążąc do obranego celu. 

Śmieję się, że gdybym miała ochotę znów cierpieć z powodu miłości, to równie dobrze mogłabym sobie palce przytrzasnąć drzwiami. Ale to nie tak. Poprostu teraz jej nie potrzebuję. Rozmawialiśmy o tym ostatnio. Ty to nazywasz problemem z zaangażowaniem się, a ja jeszcze nie wiem jak to nazwać. Póki co uważam to za chwilową dysfunkcję. Mam z kim spędzić wieczory, pić wino i głęboko patrzeć sobie w oczy. Mam komu pomarudzić przez telefon, że za oknem szaruga i że z pewnością nie mam się w co ubrać. Mam tylu wspaniałych ludzi koło siebie. I te dwa psiaki, które rano budzą mnie liżąc po nosie lub przynosząc szczura z Ikei do zabawy i których mi nikt wreszcie nie wygania z łóżka.

I mam ochotę, po najlepszej imprezie i najbardziej upojnej nocy, wracać na to swoje poddasze do tych merdających ogonów. I to mnie cieszy i bawi. Dzięki temu jestem szczęśliwa.


Sikorki wróciły.


 

niedziela, 17 października 2010

Paradoks życia.
Part 1

Gdzieś tam, gdzie jeszcze do niedawna mieszkałam, jest alejka, a przy niej stoi ławka na stałe zajęta przez starszych panów z piwem w ręku. Często, podczas porannego spaceru, gdy okoliczne domy milczą jeszcze przykryte roletami snu, oni budzą dzień do życia, wraz z pierwszymi promieniami słońca. 
Czasem rozmawiamy. Pod przykrywką banalnej rozmowy tak naprawdę dyskutujemy o życiu. Znam ich historie, te same powtarzane za każdym razem. Niezmiennie zaskakują mnie momenty, gdy w trakcie rozmowy słyszę recytowane jednym tchem cytaty, takie pamiątki, przebłyski poprzedniego życia. Każdy z nich był kiedyś czyimś dzieckiem, które z krzykiem przybiegało prosto z trzepaka do kuchni na obiad, każdy z nich miał rodzinę, kochał kogoś i był przez kogoś kochany... A dzisiaj siedzą na ławce mamiąc wspomnienia zanurzeni w alkoholowej malignie. 

Nic nie zdarza się dwa razy, a życie nie będzie czekać na sprzyjające okazje. Jeśli się odpuści marzeniom i zaszyje w swojej bezpiecznej skorupie w obawie przed zranieniem i innymi trudnościami życia, można się obudzić bez najmniejszych zadrapań, ale z nudną, byle jaką i nijaką przeszłością i jeszcze bardziej banalną przyszłością. 
Czasem warto dać życiu skopać sobie dupę, aby chwilę później bezczelnie obnosić się swoją radością idąc bez celu zatłoczoną ulicą.           


Podobno koty mają życiowo lepiej. Siedem razy lepiej. To daje zdecydowanie większe możliwości pieprzenia sobie życia, ryzykowania i naprawiania ewentualnych konsekwencji
Ten, świadomy chyba tego, niespiesznie wygrzewał się w porannych promieniach słońca.. 




Czy da się zasznurować sznurówkę machając jedynie nogą? Tefałen pokazał mi, że się da... per aspera ad astra, jak to mawiał mój sadystyczny nauczyciel łaciny. 

czwartek, 7 października 2010

O człowieku, który chciał zostać Bogiem.

Poznałam takiego, a jego pojawienie się w moim życiu zmieniło wiele. Niespodziewanie, z zaskoczenia, przypadkowo. Endorfiny oszalały ze szczęścia. 
Na początku wydawało mi się, że przez cały czas chodziło o to, żeby się kiedyś spotkać. Później już nie byłam tego taka pewna. Na koniec zastanawiałam się, po co to wszystko wogóle było. 
Ale dzisiaj jestem pewna bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, że było mi to bardzo potrzebne. Przewróciło mój poukładany świat do góry nogami, sprawiło, że wiele rzeczy w swoim życiu musiałam od nowa zdefiniować, poukładać, poprzestawiać. Przekroczyłam wiele barier, które sama sobie narzuciłam z różnych względów. Odkryłam nowe możliwości, nie tylko w sobie samej. Inaczej spojrzałam na siebie, ludzi wokoło, sprawy większe i mniejsze. 

Po ostatnim wpisie pojawiły się prośby, aby napisać też coś o dupkach. Więc właśnie piszę, o Dupku, który był idealnym zapalnikiem dla mojej rutyny. 
Nigdy nie powiem o sobie, że jestem banalna, zwyczajna, bez pomysłu. Za bardzo cenię sobie chwile, żeby na co dzień zapominać, jak są ulotne. Na wszelki wypadek przypomniał mi o tym sierpień zeszłego roku. Więc staram się uczynić moje życie i to, co robię, niecodziennym. Mimo tego potrzebowałam Dupka. Z aspiracjami większymi niż jego napuszone ego, z planami zmieniającymi się w cyklu dobowym, z milionem pomysłów na minutę, o których zapominał w kolejnej sekundzie następnej minuty. Z głupimi teoriami i mądrymi wywodami - obu mogłam słuchać nocami, popijając wino, kłócąc się, dyskutując, rozmyślając, snując wnioski, plany i marzenia... To tak, jakby żyć przez krótką chwilę z osobą chorą na zaburzenie afektywne dwubiegunowe w okresie jej hipomanii. Wtedy wydaje się, że można wszystko, że cokolwiek się wymyśli - jest w zasięgu ręki, wystarczy po to sięgnąć. 
I dzisiaj wiem, że jak kraść, to miliony, a marzenia i plany TRZEBA mieć WIELKIE!  
Dla mnie to była rewolucja. Wielki meteoryt, który pierdzielnął w moją planetę. Dylematem przestało być czy, tylko jak

Czasem zapominam o tym, że nic pod tym słońcem nie dzieje się bez przyczyny, że nikt nie pojawia się w naszym życiu bez celu. We wszystkim jest jakiś plan, jakaś lekcja do nauczenia. I choć czasem nie od razu wszystko ma sens, to nabiera go z czasem. Może to tylko takie pobożne życzenie, ludzkie tłumaczenie czy psychologiczne racjonalizowanie w celu zmniejszenia wewnętrznego konfliktu. Może. Jednak nie raz się już przekonałam, że tylko ode mnie zależy, jak wykorzystam sytuację i czy stanie się ona sukcesem czy klęską. Nie zwykłam ponosić porażek, nie lubię ich. Wolę zdecydowanie pracować na sukces. Dlatego może z otwartymi ramionami przyjmuję różne doświadczenia, eksperymentuję z nimi i nie toleruję mazgajstwa, które do niczego nie prowadzi. Dlatego być może mój super skonstruowany świat pełen opisanych alfabetycznie szufladek, w które chowałam doświadczenia i przemyślenia, potrzebował wariata i jego wariactwa. Samemu ciężko jest zburzyć to, co się starannie budowało przez kilka lat, żeby móc pewne rzeczy od nowa poskładać. A teraz czuję się odrobinę dojrzalsza, odrobinę mądrzejsza i silniejsza, niż wcześniej. Dowiedziałam się wiele dobrego o sobie samej. To bardzo cenna lekcja. Również ta, dotycząca dokonywania wyborów.  
Przeżyłam katharsis. Inaczej spojrzałam na siebie, na moje niektóre wybory, na ludzi, których mam wokoło, na podejście do pewnych spraw. Potrzebowałam zmian, a teraz miałam odwagę, żeby zmieniać.
Nigdy nie wiemy, co nam jeszcze przyniesie życie. Czasem wyegzaltowanego wariata, a wraz z nim coś cennego.