Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lutego 2011

Na psa urok! i inne atrakcje.


W domu mam istne wariactwo. Słodkie, psie wariactwo. W ostatnią sobotę nasza nie mała gromada powiększyła się o kolejne męskie cztery łapy. Mała brązowa kulka, która już teraz jest większa od starszego suczydła rozpierdziela chałupę. Bo inaczej tego nazwać nie można.

Moje dotychczasowe szczeniory w liczbie dwie szanowne damy nie miały żadnych głupkowatych pomysłów - leżały i słodko wyglądały. Teraz jest ciut inaczej. Zdecydowanie ciut inaczej. Aktualnie więc uczymy się chować wszystko, bo wszystko na drodze szczeniaka staje się idealnym przedmiotem do gryzienia. Ratujemy piloty, kable, części garderoby, opróżniliśmy wszystko na wysokość 1 metra, a i tak ciągle wyciągamy psu z pyska przedmioty wyposażenia domu. Pies szczególnie upodobał sobie moje szpilki, wyjątkowo przypadł mu do gustu włoski model. Psia kość! Dwukrotnie dzisiaj wyciągałam mu je z pyska. A więc rozsuwana szafa nie jest już problemem.

Moje dwie panienki nasz pomysł równoważenia sił damsko męskich przyjęły z umiarkowaną radością. Jedna przestała się odzywać i ostentacyjnie odmawia jakiejkolwiek współpracy. Starsza, której wydaje się, że jest amstafem, za cel wzięła sobie niedopuszczanie gówniarza na metr nawet do siebie. Skutecznie, póki co. Także w domu mamy wojnę, fochy, podchody i awantury. A hodowczyni z uśmiechem na twarzy życzyła nam dużo sił i optymizmu na najbliższe pół roku.

Szczeniak właśnie opanował wchodzenie na kanapę. Kolejna twierdza zdobyta.

A poza tym ma wielkie łapska, przepiękne oczy, świetnie całuje i musi popracować na ogólną koordynacją, bo jest totalnym ciapą.

Oto on, hrabia na włościach.



wtorek, 15 lutego 2011

Miesiąc później...


Niewyobrażalnie szybko leci czas. Aż wstyd się przyznać, że od mojego ostatniego wpisu minął prawie miesiąc. Głowa aż huczy mi od myśli, których nie mam czasu materializować klawiaturą komputera. W tym czasie już dwa razy przyszła wiosna, po czym znów od nowa pod nogami chrzęści mróz. Mam kilka nowych postanowień, kilka planów więcej i zmian, które koniecznie trzeba wprowadzić.

A poza tym wszystko płynie swoim utartym torem. Od poniedziałku tęsknię już za weekendową jajecznicą, weekend kończy się zanim na dobre się zacznie i zaczynamy poniedziałkiem od nowa.

Wczorajsze Walentynki uświadomiły mi, że jestem przeciwna byciu przeciwną Walentynkom. A niechże sobie będą, niech te kiczowate czerwone serduszka zalewają wystawy sklepowe, nie mam nic przeciwko temu. Ale jakoś tak męczy mnie narzekanie i psioczenie przy tej okazji. Przy każdej innej w sumie też.

A wczoraj... nie byłam na wystawnej kolacji, nie dostałam tulipanów, ani złota, ani brylantów, ani ani... Za to zostałam wylizana, pogryziona, ciągnięto mnie za włosy i włażono na głowę. Cudnie było! Najlepiej jak mogo być! Ale o tym na razie milczę.



psyprzepióreczki albo przepiórcze psy. jak kto woli.

wtorek, 7 grudnia 2010

O maj gad!

Praca mnie wchłonęła i pochłonęła. Ale ja nie prostestuję nic a nic, mało tego - chce więcej! Dlaczego?

Otóż.

Niewiele jest miejsc, w których kobieta może spędzić wiele długich godzin i nie powie ani słowa. Co więcej, będzie szczęśliwa i zadowolona. Niektórzy pewnie się domyślą, że to musi mieć coś współnego z zakupami, ciuchami albo kosmetykami. No właśnie :)

Psiaki tylko biedactwa moje, ogłupiały całkowicie, bo mają 12 godzin dziennie wolną chatę. Mogłam je nauczyć korzystać z wc - miałabym mniejsze wyrzuty sumienia. Te wyrzuty powodują również, że po tych dwunastu godzinach pracy, kiedy ledwo pamiętam jak się nazywam, człapię z nimi po tym rozpuszczającym śniegu i nie marudzę nic a nic. La belle vie!

W pracy:



A po pracy:

9932_a64b



niedziela, 5 grudnia 2010

Tak pięknie, że ho ho ho! 

Psy szaleją na śniegu jak pijane zające. Mordy im się śmieją od ucha do ucha, ogony machają psem i naprawdę przyjemnie jest patrzeć, jak wpadają w biały puch rozrzucając go na boki. Mróz skrzypi śniegiem, śnieg błyszczy się jak milion monet, a ja bez dwóch co najmniej swetrów na sobie nie wystawiam nosa z domu. 

Co będę pisać, lepiej pokazać zdjęcia, bo pięknie to wygląda. 






A na tarasie tylko królów brakuje do tych tronów. 



I jeszcze jedna moja mała prośba. Do 21 grudnia odbywa się akcja wirtualnego dokarmiania psiaków, działa na zasadzie Pajacyka. Info o psach jest tu, tam też znajdziecie więcej wiadomości o samej akcji. Kliknijcie więc proszę codziennie w jakiegoś biedaka, to tak niewiele. Mi, zwłaszcza w tą mroźną, wieczorową porę ciężko na sercu ze świadomością, jak fatalnie wygląda sytuacja w schroniskach i tym samym życie wielu psiaków. One się na świat nie prosiły i same w tych klatkach nie pozamykały. Z góry dziękuję za każdy klik.

piątek, 5 listopada 2010

Chwilowa dysfunkcja organu zwanego sercem.

Nie jestem rozczarowana miłością. Raczej chwilowo jej nie potrzebuję.  

Zastanawiam się, kiedy to się wszystko tak zmieniło?   

Całe swoje życie do tej pory budowałam w oparciu o związek. Wydawało mi się, że rodzina, z ukochanym mężczyzną, wspólnymi planami na przyszłość, wspólnymi wspomnieniami, kredytem i dwoma zestawami kluczy do jednego domu da mi szczęście. Jakieś trzy razy przekonałam się, że niekoniecznie... A teraz czuję, że w zasadzie niczego więcej nie potrzebuję do szczęścia, niż to, co mam. Są miliony planów, marzeń, ambicji, ale dobrze mi z tym, co mam. Poprostu. Pierwszy raz w życiu nie potrzebuję nikogo, żeby spędzić dobry wieczór sama w swoim mieszkaniu. Co najwyżej z dobrą książką i śpiącymi na kolanach psami. 

Stworzyłam sobie szereg rytuałów, które z przyjemnością celebruję. Taką swoją intymność, do której nie mam ochoty ani potrzeby dopuszczać nikogo więcej. Wogóle mam poczucie, że nic nie muszę poza tym, co czuję. Ale to dalekie od egoizmu. Chyba poprostu pierwszy raz w życiu sama dla siebie jestem ważna, bez potrzeby szukania siebie w odbiciach innych ludzi.

Oglądając jakiś czas temu Dziwny przypadek Benjamina Buttona, film, który otworzył we mnie zawór z emocjami a one wyleciały na zewnątrz niepohamowanym potokiem,  miałam wrażenie, że takie właśnie jest moje życie - moje decyzje sprawiają, że wszystko dzieje się w odwrotnej kolejności. Teraz jestem w momencie, w którym powinnam być kilka lat temu, a w tym czasie zdążyłam dostarczyć sobie sporej dawki wrażeń. Niekoniecznie tych potrzebnych. Jakby zataczając koło. Przeżyć to wszystko, żeby wreszcie znaleźć siebie. Żeby zrozumieć. Żeby nauczyć się siebie cenić. Za wybory, za odwagę, za te wszystkie wyciągnięte wnioski i porażki, po których wstawałam i uparcie szłam dalej dążąc do obranego celu. 

Śmieję się, że gdybym miała ochotę znów cierpieć z powodu miłości, to równie dobrze mogłabym sobie palce przytrzasnąć drzwiami. Ale to nie tak. Poprostu teraz jej nie potrzebuję. Rozmawialiśmy o tym ostatnio. Ty to nazywasz problemem z zaangażowaniem się, a ja jeszcze nie wiem jak to nazwać. Póki co uważam to za chwilową dysfunkcję. Mam z kim spędzić wieczory, pić wino i głęboko patrzeć sobie w oczy. Mam komu pomarudzić przez telefon, że za oknem szaruga i że z pewnością nie mam się w co ubrać. Mam tylu wspaniałych ludzi koło siebie. I te dwa psiaki, które rano budzą mnie liżąc po nosie lub przynosząc szczura z Ikei do zabawy i których mi nikt wreszcie nie wygania z łóżka.

I mam ochotę, po najlepszej imprezie i najbardziej upojnej nocy, wracać na to swoje poddasze do tych merdających ogonów. I to mnie cieszy i bawi. Dzięki temu jestem szczęśliwa.


Sikorki wróciły.


 

środa, 20 października 2010

Bez tytułu.

Spacery dają mi ukojenie. Obcowanie sam na sam z przyrodą jest za każdym razem balsamem dla mojej duszy i myśli. Trzeba tylko móc na chwilę zatrzymać się, zadumać nad sobą i nad życiem. I nagle wszystkie krzykliwe dźwięki miasta ustępują miejsca odgłosom szeleszczących liśćmi kroków. Las tonie w odcieniach żółci i brązów. Nagie już drzewa czekają aż zima otuli je puchem śniegu. Bez względu na wszystko przyroda żyje swoim własnym rytmem, niezakłóconym i niewzruszonym przyziemnymi sprawami. Stale noc zamienia się z dniem, słońce z deszczem a lato z zimą.

Armageddon was yesterday - today we have a serious problem. Więc wzięłam psy i poszłam na długi spacer. Ciepły oddech odznacza się parą na zimnym powietrzu. To taki sygnał, że lato odeszło na dobre. Rzucanie piłki szczęśliwym, z tego powodu, psom odrywa niesforne myśli stale zajęte swoimi problemami. Pomyślałam, że nigdy nie byłam nad morzem zimą. Nigdy nie widziałam zamarzniętego brzegu i śniegu zamiast piasku. Chciałabym w tym roku nadrobić te zaległości.

Uciekam w książkę i zapach kadzidła. Wieczory nieodłącznie tlą się płomieniami świec.
Mówią, że muzyka koi duszę, ale ja myślę, że ona tylko odsłania nasze prawdziwe uczucia i emocje. Tak samo powoduje uśmiech, jak wyciska łzy ukrywane pod maską grymasów twarzy. Tylko oczy nigdy nie kłamią. W nich widać zawsze czystą radość, ból i strach. Szkoda tylko, że tak rzadko patrzymy sobie w oczy...




poniedziałek, 18 października 2010

Dziś

ukrywam się przed złym dniem pod puchatą kołdrą marzeń
z książką w ręce płaczę nad czyimś losem
niewzruszona swoim umieraniem
psy odurzone snem wiernie czuwają 
jak gryfy bronią mnie przed koszmarami codzienności
prosząc o kolejny spacer
wsłuchuję się w wycie wiatru za oknem
wydaje mi się, że rozumiem jego straszne opowieści
o życiu i śmierci 
wczoraj rudy kot mruczał mi do snu swoją kołysankę
pełną miłości
uśmiechałam się przez sen...
dziś tak bardzo brakuje mi widoku gwiazd zatopionych w czarnej tafli jeziora...





czwartek, 7 października 2010

A gdy psy śpią.

A gdy psy śpią są szczęśliwe i piękne mają sny. 
A ja siedzę wpatrzona w pustkę ściany. 
Zdrapuję wzrokiem kolor farby szukając w myślach odpowiedzi. 
Noc ciemna wylewa się z chmur. 
Zakrada się pod okna, zakrada się do serca. 
Zalewa sobą myśli, tumani rozum, obezwładnia wzrok... 
Gdy przychodzi zastaje mnie samą. 
Wczoraj się nie bałam, a dzisiaj czuję lęk. 
Przychodzi i całym swoim majestatem budzi grozę i podziw zarazem.  
A ja w kąciku oka trzymam swoją duszę. 
Otulam ją żarem powieki, owiewam ciepłem rzęs. 
Tam jest bezpieczna. 
A gdy płaczę, ona ociera mi łzy. 
Zmysły to oszuści. 
Mamią rozum zmywając cierpki posmak trucizny z ust, nie odbierając jej jednak jadu. 
A ja zostaję sama, rozpalona od środka. 
A żar rani mnie przyjemnie paraliżując zmysły. 
Poranne promienie słońca zastaną mnie z otwartymi oczami, siedzącą na skraju łóżka, wpatrzoną w odchodzący mrok. 
Wypiję kawę i zmyję z siebie resztki cienia. 
I wyjdę z domu popatrzeć prosto w słońce.

A myśli jak motyle ulatują ku górze. 
Tam znajdują dla siebie schronienie, tam stają się wreszcie prawdziwe. 


Życie się ze mną ostatnio okrutnie bawi. Właśnie końcem palca dotykam swojego marzenia...


Jeden z ostatnich jesiennych motyli. Zjawiskowy. 




czwartek, 23 września 2010

Przez ten blog...

Przez ten blog już chyba zupełnie przyrosnę do laptopa. Psy się skarżą. Staram się nadrabiać i wykorzystywać czas na spacerach, bo psy w moim życiu to wartość nadrzędna. Nie żebym była Panią Wiolettą Willas - z całym szacunkiem dla Pani Wioletty, bo jej życie to niestety smutny finał ogromnego niewykorzystanego talentu. Nie jestem też zatwardziałą singielką szukającą substytutu miłości w zwierzętach. No, może odrobinę. Ale, jakby to ładnie powiedzieć, faceci są i odchodzą, a sierściuchy do pogłaskania są cały czas te same. Bardzo sobie cenię tą przyjaźń. Nie ma nic bardziej bezinteresownego od psa, który przychodzi dać się pogłaskać po brzuchu, gdy masz taki humor, że już nie wiesz, czy bardziej chcesz krzyczeć, bić czy drapać ze złości. Albo poranne pieszczoty! Nie żebym zamieniła realnego mężczyznę na mały języczek liżący mnie po nosie do wtóru z wesołym machaniem ogona (czasem nie wiem, czy to mój pies macha ogonem, czy przypadkiem to nie ogon macha psem), ale zdecydowanie są to dobra komplementarne. W żadnym razie substytuty. 
A tak serio: nie ma dla mnie nic bardziej uspokajającego, niż widok moich psiaków śpiących aktualnie u moich stóp. Nie ma nic wspanialszego, niż wtulenie się w tą ciepłą kupę kłaków, gdy jest mi źle... Psem, a pewnie i innym zwierzakiem, nie da się nikogo ani niczego zastąpić, ale jeśli mamy w swoim życiu takie puste niezapełnione miejsce, to warto wypełnić je zwierzakiem. Z perspektywy 100procentowej psiary polecam  taką terapię. Psy biorą mnie na spacer, żebym nie myślała o głupotach i nie roztrząsała życia na drobne. Mobilizują mnie do miliona rzeczy, bez nich nie poznałabym mnóstwa ludzi, nie zwiedziła wielu ulic, polan i krzaków. Wolałabym siedzieć w mieście lansując się na Chmielnej w niewygodnych szpilkach na nogach, zamiast w tenisówkach biegać po mazurskich trawach. Psy to inna jakość życia. Osobiście bardzo sobie tą jakość cenię, chociaż mam okazję doświadczać jej od niedawna. Odmieniły całkowicie moje życie, uwiązały mnie do siebie, co czasem bywa totalnie nieznośne, ale w zamian dają tak wiele, że nie śmiałabym kiedykolwiek im tego wypomnieć.
Pewnie jeszcze nie raz o nich napiszę.
Dobranoc.