Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2012

Wrzesień mój ulubiony

Zastanów się ile ludzi właśnie traci życie, a ty krzyczysz, że nienawidzisz swojego.
                                                                                                 znalezione w sieci.




Moje marzenia żyją swoim życiem
Oderwane od rzeczywistości.
Nie wiem, czy dobrze jest pozwalać im na taką beztroskę.
Mogą poranić się o chmury
I spaść na ziemię ciężarem martwych jaskółczych ciał.
A ja?
Ja już nie wiem, czy wolno marzyć.
Czy jest sens iluminować swoje życie bez końca,
Szukając zmysłami tych chwil uniesienia,
Które owszem drażnią myśli, ale wciąż zostawiają mnie z pustymi rękoma.
Nigdy nie dorosnąć. Nigdy nie stać się paradoksem samej siebie.
W głowie mam straszny bałagan.
Taki dziwny czas przeczekania, tuż przed burzą,
Gdy konieczne ma się zdarzyć, ale jeszcze nie teraz.
Jeszcze chwil kilka zanim poleją się łzy i jesień suchymi liśćmi zamiecie naiwne uczucia.
Miłość jest tak efemeryczna.
Jest chwilą, która dzieje się niepostrzeżenie, aby zniknąć i pozostawić mnie na głodzie.
Ciągle nienasyconą.
Ciągle marzącą.

piątek, 7 października 2011

Życie jako forma spędzania wolnego czasu.

Już przez sen czułam, że nadchodzi to nieprzyjemne uczucie. Mój mózg, niby śniący jeszcze sny, powoli drążył już we mnie tą irytującą myśl, obawę, a może nawet strach. Taki dziwnie irracjonalny strach o to, co zacznie się, gdy tylko się obudzę. Te wszystkie problemy, sprawy zamiatane pod dywan, każde jedno zaraz i jutro odkładane wiecznie. Budziła mnie paląca myśl, że muszę szybko wstać i wszystko poukładać, ponaprawiać, przy czym jednocześnie zupełnie nie miałam ochoty na tą walkę. Głównie sama ze sobą. 

12:51 a ja leżę w łóżku nie mogąc się zdecydować: wstać czy dzisiaj zupełnie się poddać? 

http://www.sebastienmillon.com

To podobno z braku wyższych celów w życiu, których aktualnie, faktycznie, nie posiadam. Żyć przeżyć, zero euforii, trochę rozczarowania i zastanawianie się, co dalej. Brak celów jest zabójczy dla mózgu, który ciągle nieprzerwanie zasysa myśli.
Coś z tą jesienią jest na rzeczy, bo nagle zmienia się perspektywa, życie i codzienne sprawy zaczynają uwierać i trzeba sobie znaleźć nowe miejsce. Takie bardziej wygodne. Milion planów, a tak naprawdę nic do roboty. Wszędzie jakieś ale i ta niemożność działania. Decyzyjność: zero, zapał do działania: minustrzydzieścicztery. Nawet, gdyby dzisiaj świeciło słońce, dla mnie miałoby szaro bure promienie.

Nie wiem kiedy to się stało, ale z mojego życia ulotniła się magia. Cierpię z tego powodu, nie umiem bez niej żyć. Wszystko teraz jest takie banalne, takie dosłowne. Tęsknię za niedopowiedzeniami, za wstrzymywaniem oddechu w oczekiwaniu na nieznane.


...


A może to przez ten pierwszy jesienny deszcz? Mokre chodniki, czarne kalosze. Psy śpią obok równie nieskore do pobudki. Zwyczajny jesienny pms. Chorobowy nadmiar czasu i przemyśleń, a teraz trzeba wszystkie trybiki na nowo poskładać i kazać im działać, poprawnie i z uśmiechem na ustach. Przywołuję się do porządku - życie wymaga zmian, zmiany to jedyna stała rzecz. 






niedziela, 17 października 2010


Paradoks życia
Part 2


Codziennie nadajemy swojemu życiu sens marząc, planując i dążąc do celów. W praktyce masowo wstajemy do pracy, pijemy kawę, spędzamy godziny w korkach, użerając się z firmowymi mailami i czekając na moment powrotu do domu, gdzie gotujemy obiad, kąpiemy się i idziemy spać, nie mając wielkich szans na  zmianę monotonii dnia codziennego. Ta bezsensowna gonitwa nadaje życiu sens. Odwieczna zabawa z marchewką na kiju, bo żeby być, trzeba mieć, a żeby mieć, trzeba każdego dnia brać udział w tym cyrku.  

Czy więc łatwiej w życiu ma ktoś kto nie ma nic, czy ten, który ma wiele do stracenia? Czy lepiej każdego dnia biegać do pracy i zabiegać o lepszą przyszłość, czy lepiej na ławeczce z piwem w ręku spokojnie chłonąć odgłosy pędzącego za marzeniami miasta? Czy lepiej zarobić miliony i samemu zadbać o swoją przyszłość czy lepiej z plecakiem na plecach nie wiedzieć gdzie spędzi się następną noc szukając w ludziach życzliwości? Czy lepiej kochać i zostać zranionym, czy nie kochać wcale chroniąc się przed bólem i rozczarowaniem pod pancerzem obojętności? 

Czasem myślę, że może lepiej odpuścić, wsiąść do pociągu i obudzić się pod gołym niebem nie wiadomo gdzie, nie myśląc ani o tym, co było ani o tym, co być musi. To się chyba nazywa ucieczką? Ciekawa jestem, co mogłoby wyniknąć, jak daleko mogłabym się posunąć... W filmach takie historie zawsze mają hollywoodzki happy end, ale życie raczej nie przejmuje się pisanymi przez nas scenariuszami i ma gdzieś nasze pobożne życzenia. 

Czy jednak plecak wypchany marzeniami i spontanicznymi chwilami zapełniłby szczęściem całe moje życie? Czy nie zatęskniłabym za poranną korpokawą i rachunkami do zapłacenia? 
Które z kolei spojrzenie w rozgwieżdżone niebo przestałoby cieszyć i karmić swoją zmysłowością?
Który z kolei poranek na skraju świata przestałby być tym wyjątkowym?
Który wreszcie dzień bez odgórnego planu straciłby sens?
Czy warto wierzyć w miłość aż do śmierci czy lepiej cieszyć się chwilą nie myśląc o tym, że nic nie trwa wiecznie. Nawet jeśli wiadomo już teraz, że koniec jest bliski?
W swoich wyborach często widzę tą samą prawidłowość, z jaką ćma leci do płomienia świecy... 
  




Paradoks życia.
Part 1

Gdzieś tam, gdzie jeszcze do niedawna mieszkałam, jest alejka, a przy niej stoi ławka na stałe zajęta przez starszych panów z piwem w ręku. Często, podczas porannego spaceru, gdy okoliczne domy milczą jeszcze przykryte roletami snu, oni budzą dzień do życia, wraz z pierwszymi promieniami słońca. 
Czasem rozmawiamy. Pod przykrywką banalnej rozmowy tak naprawdę dyskutujemy o życiu. Znam ich historie, te same powtarzane za każdym razem. Niezmiennie zaskakują mnie momenty, gdy w trakcie rozmowy słyszę recytowane jednym tchem cytaty, takie pamiątki, przebłyski poprzedniego życia. Każdy z nich był kiedyś czyimś dzieckiem, które z krzykiem przybiegało prosto z trzepaka do kuchni na obiad, każdy z nich miał rodzinę, kochał kogoś i był przez kogoś kochany... A dzisiaj siedzą na ławce mamiąc wspomnienia zanurzeni w alkoholowej malignie. 

Nic nie zdarza się dwa razy, a życie nie będzie czekać na sprzyjające okazje. Jeśli się odpuści marzeniom i zaszyje w swojej bezpiecznej skorupie w obawie przed zranieniem i innymi trudnościami życia, można się obudzić bez najmniejszych zadrapań, ale z nudną, byle jaką i nijaką przeszłością i jeszcze bardziej banalną przyszłością. 
Czasem warto dać życiu skopać sobie dupę, aby chwilę później bezczelnie obnosić się swoją radością idąc bez celu zatłoczoną ulicą.           


Podobno koty mają życiowo lepiej. Siedem razy lepiej. To daje zdecydowanie większe możliwości pieprzenia sobie życia, ryzykowania i naprawiania ewentualnych konsekwencji
Ten, świadomy chyba tego, niespiesznie wygrzewał się w porannych promieniach słońca.. 




Czy da się zasznurować sznurówkę machając jedynie nogą? Tefałen pokazał mi, że się da... per aspera ad astra, jak to mawiał mój sadystyczny nauczyciel łaciny. 

piątek, 15 października 2010

Idzie rak, nieborak...

Jak wiadomo, a jak nie wiadomo - to uświadamiam, październik jest miesiącem, w którym szczególną uwagę medialną i (dobrze by było) społeczną poświęca się tematowi raka piersi. Temat ważny, masowy i bagatelizowany - na ogromną skalę. 

Ludzie już tak mają (nie)poukładane w swoich głowach, że zawsze wydaje im się, że złe rzeczy spotykają tylko innych. Jest to forma atrybucji obronnej, takie uspokajanie własnego strachu, a psychologia definiuje to zjawisko jako nierealistyczny optymizm. Imho nie ma bardziej trafnego określenia. Bo niby na jakiej podstawie tak sprytnie i wspaniałomyślnie przerzucamy złe rzeczy na innych?

W zeszłym roku ta choroba zabrała mi kogoś bliskiego. Raz udało się uciec, niestety nawrót był wyrokiem. Nic tak nie boli, nie rozczarowuje i nie powoduje bezsilnego, niemego krzyku rozpaczy, jak widok kogoś, kto tak bardzo chce żyć a to życie niewzruszone bez litości każdego dnia z niego uchodzi... Na co dzień nie myśli się o śmierci. Ona gdzieś tam jest na finiszu życia, zupełnie od niego oderwana. Zapominamy często, że tak naprawdę jest częścią naszej egzystencji, jest ciągle obok nas, a my nie wiemy nawet ile razy była tak blisko, że prawie czuliśmy na sobie jej zimny oddech. A może nie zimny, ale piekący, palący, może nawet słodki? 

Znam osoby, które zmagają się z tą okrutną, podstępną chorobą. Codzienność badań, lekarze, szpitale, chemia i nadzieja. Raz wszechogarniająca, raz ledwo się tląca... Nie zawsze nadzieja umiera ostania. Częściej ludzie odchodzą pierwsi. 
Dlatego cieszy mnie bardzo rozgłos towarzyszący akcjom przeciwko rakowi piersi. W tym roku wyjątkowo pojawiają się akcje uszyte na miarę targetu, kreatywnie i społecznościowo. 
Chyba zaczęło się od torebkowej akcji na facebooku LUBIĘ NA: Ja lubię na podłodze w przedpokoju. A w pracy na krześle przy biurku. Dwuznaczność zamierzona i obowiązkowa przyciągała uwagę. Żeńska część fejsbukowej społeczności chętnie wzięła w tym udział, mężczyźni trochę główkowali skąd te zmasowane intymne wyznania. Super, naprawdę pomysłowa i aż kłująca w oczy swoją prostotą akcja sama się viralowo napędziła, zmusiła do rozmów, zastanowienia się i, oby!, do badań. I wreszcie wiadomo, gdzie kobiety kładą swoje torebki.


Czy masz obsesję na punkcie właściwych rzeczy? 
Andrew Yang i bodypainting
Kampania Singapurskiej Fundacji na Rzecz Walki z Rakiem Piersi





A to znalezione na vierna.soup.io




A więc drogie i drodzy, badajcie się i namawiajcie do badań swoich bliskich. 
To może być kwestia życia i śmierci.

piątek, 8 października 2010

Ale.

Zawsze jest jakieś ale. Zawsze! Ale!
Człowiek później siedzi i rozmyśla o tym ale. Albo nie rozmyśla, ale szanowne komórki mózgowe rozmyślają za nas, co objawia się ulokowaniem ale w tylnej części czaszki i nękanie nas. Najpierw delikatnie i nieświadomie, aż z czasem jak nie walnie obuchem w łeb... łubudubu. Koszmar jakiś.
Ale uruchamiane jest przez jedną niepotrzebną myśl, sms, telefon, wiadomość mailową, fejsbukową czy inną zagajkę życzliwej osoby. Nieważne. Jest impuls - jest reakcja. Jest też środek nocy a ja rano muszę wstać. Wcześnie rano!
Najgorsze z możliwych jest ale co by było, gdyby... No szlag człowieka może trafić w trakcie takiego rozmyślania. Bo może być wszystko! Dosłownie wszystko, co sobie w swej nieograniczonej fantazji wymyślimy. A im dłużej myślimy, tym więcej mamy potencjalnych możliwości. Tylko decyzji jakiejś nijak się nie da podjąć, bo pojawia się ale!
Albo ale w wydaniu: chcę, ale... bądź dla odmiany, nie chcę, ale... Wiadomo, dylematy dziewicy - chcę, ale się boję. Najlepsza zabawa zaczyna się, jak z jednej strony czujemy, że chcemy, ale a z drugiej, że jednak nie chcemy, ale... Typowy impas. Jazda bez trzymanki, proszę Państwa. I to wszystko się dzieje w tej głowie, tej co to podobno do robienia fryzur jest. 

Na sen zafundowałam sobie więc wymianę smsów. Mówiłam, że trzeba było nie odpisywać! Drugi wieczór z rzędu. Zła dziewczyna. Najpierw był miło, kulturka pełna, rozmowy nieszkodliwe o sztuce, pogodzie i dupie maryni. Do czasu! Tak czułam, że to nie bez powodu prowadzimy te konwersacje. I nagle się okazuje, że ale! Co gorsza, ja też mówię o swoim ale. Miałam nie wracać, miałam nie rozgrzebywać jak kura pazurem, skąd się wzięły te wszystkie ale? Wylazły sobie na świat i robią co chcą!
No i po co to komu? Na co to? 
Najgorsze, że już mi się miesza, czy ja uważam, że ale co by było, czy sądzę raczej, że nie chcę, ale, a może jednak chcę, ale... O rozumie zdradliwy, pokrętny i przekupny, karmiony złudnymi myślami!

Pokręcone to życie. Jedni chcą i nie mogą. Inni mogą a nie chcą. Każdy kogoś szuka a jak znajdzie, to się okazuje, że lepiej być samemu. 
Chcę sobie na kilka godzin wyłączyć mózg. Może to powstrzyma te żyjące własnym życiem myśli. 

Liczę barany: raaaz..... dwaaaa..... trzyyy..... cztery..... ..... .....


niedziela, 26 września 2010

Głaszcz!

Skradłam komuś ten rysunek. Nie pamiętam komu, więc nie podam źródła.
Ale wklejam, bo tak mi pasuje pod ten niedzielny wieczorny nastrój. 
Kota z rysunku nie mam, za to moje dwa psy głaskanie uwielbiają. Trochę to naughty, ale jest po 22, więc chyba mogę się przyznać, że ja też.

I znów kolejny postulat: głaszczmy się! Głaszczmy się często, głaszczmy się dużo, głaszczmy się, gdzie się da!
Bo życie jest krótkie.




czwartek, 23 września 2010

Blog. Wpis pierwszy.


Zakładając tego bloga myślałam sobie, że powinien być o czymś... Mogłabym pisać o moich ukochanych psach, o kobietach podobno z Wenus i mężczyznach z nieszczęsnego Marsa, o korkach ulicznych i poszukiwaniu pracy. Ale tak naprawdę nie o tym chcę pisać. Albo nie tylko o tym. A więc blog będzie o życiu. Banalne? Mam nadzieję, że nie!

I tak na początek sobie myślę, że 22 września był dniem bez samochodu. A ja tak bardzo chciałabym mieć wreszcie dzień ze swoim własnym samochodem...



Moje ukochane Mazury... na taki widok trzeba będzie czekać do kolejnego lata...