Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 listopada 2012

albo.




Są takie dni.
One się mielą powoli, jak w starym, ręcznym młynku do kawy,
aż wyskakuje rozwiązanie
instant
należy jeszcze zalać wodą.

więc
albo:
spakować się, wszystko rzucić, wyjechać tam albo jeszcze dalej, gdzieś gdziekolwiek, gdzie jest zupełnie inaczej, cieplej na pewno, morze ma kolor lauzuru i może mrówkojady (fajne są). Wyjechać i nachapać się wrażeń, nałapać się życia, garściami, aż się znudzi i znowu znormalnieć, wrócić, wstawać rano i codziennie tą samą drogą chodzić do pracy. Może nie wracać wcale?
albo:
wpakować się w dziecko. może nawet kilka. one nadają sens życiu. tak mówią.

Starzeję się chyba.
Albo coś innego.
A może to ta biurowa kawa.
Jest paskudna.
Jest zaprzeczeniem idei kawy.
Anty-kawa.
Pijam anty-kawę.

Miłego dnia!



Dzisiejszy poranek i śpiące gołębie przy placu Zbawiciela.


środa, 15 sierpnia 2012

Urodziny psa, imieniny kota.

Mój najbardziej leniwy dzień w tym roku.
Leżę pod kocem i marzę o wełnianych, zimowych skarpetach.
Sprawdzam datę i jednak nadal mamy sierpień.
Ciężkie, mokre od wody chmury za oknem.
Szalik i przeskakiwanie nad kałużami.
Szary to nie jest mój ulubiony kolor.
W przeszłość najszybciej przenosi mnie muzyka.
W zasadzie tylko ona.
Przypomniała mi ostatnio te gorące wieczory zeszłego lata,
Jazz, wino, cisza drżąca jedynie od ruchu skrzydeł owadów szukających ekstazy w płomieniach świecy.
Zupełnie tak, jak ja czasami.
I czas, który zawsze zatrzymywał się w miejscu gdzieś między 3 a 4 rano.
Już nie ma takich nocy.



piątek, 14 października 2011

Obmacywanie kasztanów.

Podnoszę ziemi, wybieram te najładniejsze. 
Później rzucam przed siebie po chodniku. 
Kasztany uciekają, psy je gonią. 
Albo trzymam w kieszeni i pieszczę palcami
Aż robią się od tego zupełnie gorące.
Widocznie też to lubią. 

Picie z kubków.
I dużo herbaty z sokiem malinowym. 
Grzane wino w małych kubkach z zaparzaczami. 
Grube skarpety za kolana.
Puchaty koc.
Pierwsze rękawiczki.
Zimne spacery.

Jesień niestety. Ta jej gorsza część.






PS. Do zobaczenia w Gdańsku!



Napisałam ten wpis, a później zobaczyłam... kolejny koniec historii życia...
Podobno wszystko dzieje się po coś. Głęboko w to wierzę, choć łatwiej wierzyć będąc obserwatorem...
Od razy pomyślałam, że nierzadko ostatnio wkurzam się na milion rzeczy, bez sensu, życie jest zbyt kruche, żeby sobie dać je zepsuć...

piątek, 7 października 2011

Życie jako forma spędzania wolnego czasu.

Już przez sen czułam, że nadchodzi to nieprzyjemne uczucie. Mój mózg, niby śniący jeszcze sny, powoli drążył już we mnie tą irytującą myśl, obawę, a może nawet strach. Taki dziwnie irracjonalny strach o to, co zacznie się, gdy tylko się obudzę. Te wszystkie problemy, sprawy zamiatane pod dywan, każde jedno zaraz i jutro odkładane wiecznie. Budziła mnie paląca myśl, że muszę szybko wstać i wszystko poukładać, ponaprawiać, przy czym jednocześnie zupełnie nie miałam ochoty na tą walkę. Głównie sama ze sobą. 

12:51 a ja leżę w łóżku nie mogąc się zdecydować: wstać czy dzisiaj zupełnie się poddać? 

http://www.sebastienmillon.com

To podobno z braku wyższych celów w życiu, których aktualnie, faktycznie, nie posiadam. Żyć przeżyć, zero euforii, trochę rozczarowania i zastanawianie się, co dalej. Brak celów jest zabójczy dla mózgu, który ciągle nieprzerwanie zasysa myśli.
Coś z tą jesienią jest na rzeczy, bo nagle zmienia się perspektywa, życie i codzienne sprawy zaczynają uwierać i trzeba sobie znaleźć nowe miejsce. Takie bardziej wygodne. Milion planów, a tak naprawdę nic do roboty. Wszędzie jakieś ale i ta niemożność działania. Decyzyjność: zero, zapał do działania: minustrzydzieścicztery. Nawet, gdyby dzisiaj świeciło słońce, dla mnie miałoby szaro bure promienie.

Nie wiem kiedy to się stało, ale z mojego życia ulotniła się magia. Cierpię z tego powodu, nie umiem bez niej żyć. Wszystko teraz jest takie banalne, takie dosłowne. Tęsknię za niedopowiedzeniami, za wstrzymywaniem oddechu w oczekiwaniu na nieznane.


...


A może to przez ten pierwszy jesienny deszcz? Mokre chodniki, czarne kalosze. Psy śpią obok równie nieskore do pobudki. Zwyczajny jesienny pms. Chorobowy nadmiar czasu i przemyśleń, a teraz trzeba wszystkie trybiki na nowo poskładać i kazać im działać, poprawnie i z uśmiechem na ustach. Przywołuję się do porządku - życie wymaga zmian, zmiany to jedyna stała rzecz. 






poniedziałek, 25 października 2010


* * *


Podobno złość piękności szkodzi, ale ze na razie jest czym szastać, więc od rana złoszczę się. Złoszczę się na siebie, że w marazm wpadłam jakiś i smutnymi tylko nutami zapisuję ostatnio pięciolinię mijających dni. Mam tyle planów a bezsilna stoję w miejscu, z wielu względów, których póki co przeforsować nie mogę. Czuję się spętana nieszczęsnymi przeciwnościami i de facto jest bardzo nie tak, jak być powinno. 

Tęskno mi też bardziej teraz do miłości. To chyba przez tą jesienną aurę. Bo ja się jakoś zawsze zakochuję jesienią. Nie wiosną, jak Matka Natura przykazała, ale właśnie wtedy, gdy świat zaczyna szeleścić suchymi liśćmi pod butami. Później zimą ogrzewam się miłością i gorącą, białą, malinową czekoladą trwając w tym rozkosznym letargu aż do wiosny. A teraz zakochać się nie dam rady. Więc bezłzawo złoszczę się i tupię nogą.


Właśnie napisała do mnie koleżanka, z byłej już pracy: 
 Mam nadzieję, że nigdy nie przestaniesz nosić tych Twoich niebotycznie wysokich szpilek, w których jest Ci bosko :]]]  

Marti, obiecuję... Jakem JA - obiecuję! A wręcz się zaklinam
Co jak co, ale buty mają zawsze osobną półkę w mojej szafie i życiu.




środa, 13 października 2010

Kolejny dzień po lecie.

 Szłam dzisiaj chodnikiem czubkiem szpilki rozgarniając pomarańczowe, szeleszczące liście. Słońce jeszcze nas rozpieszcza swoim ciepłem, ale gołe kikuty drzew straszą zimą... Na stałe już włożyłam moją panterkową parasolkę, prezent od mamy, do torebki, wyczekując jesiennej słoty. Synoptycy wróżą srogą zimę, do której zupełnie mi się nie spieszy, a w powietrzu czuć już drażniący mroźny zapach. I ta malownicza mgła w powietrzu okrywająca krajobraz, zwłaszcza ranem. Dni mijają nieubłaganie, bezwzględne dla naszych uczuć. Jeszcze chyba nie przywykłam do zimna, ponieważ ciągle marznę. Moje dłonie przyrastają powoli do kubka gorącej herbaty, bo traktuję to obecnie jako szybko dostępne, odnawialne źródło ciepła. 
 Mam aktualnie ciut więcej czasu, żeby nie w biegu popatrzeć na świat, na ludzi gdzieś pędzących . Do tej pory zawsze razem z tym tłumem goniłam czas, więc bawi mnie ta nowa możliwość obserwacji z perspektywy kogoś 'z boku'. Robię więcej zdjęć, mniej narzekam, więcej mam czasu na czytanie książek i z dziką satysfakcją czasem patrzę sobie w słońce - bo jeszcze niedawno pracując w korpofabryce słońce świeciło mi zza pleców prosto w ekran monitora, więc zasłaniałam rolety a wraz z nimi widok na słońce.

Jedno niezmiennie mnie zastanawia: dlaczego ludzie biegną do metra? Biegną taranując stalowe bramki, po tych stromych stronach ryzykując połamanie nóg i nosa, wpadają prosto w zatrzaskujące się drzwi albo bez sukcesu dopadają odjeżdżający już prawie wagon. Po co, skoro za 1,5 minuty, no góra 3 minuty, będzie kolejne metro?
Wiem wiem, czas to pieniądz, ale to tak głupkowato wygląda, jak biegnie taki jeden ambitny gubiąc nogi, a wszyscy na peronie obstawiają w duchu zdąży czy nie zdąży?


By the way: wygrzebane z sieci.
Bo chłopcy nie muszą być niebiescy, a dziewczynki różowe.
Uwielbiam takie kreatywne podejście do zwyczajnych przedmiotów.  
Osoby łatwo gorszące się proszone są o szybkie przeniesienie obu dłoni na oczy w celu zakrycia ich!
A ja jestem ciekawa wersji dla dziewczynek.