Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słońce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słońce. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lutego 2011

W piątki się nie mazgaję.

Przebieram dzisiaj obcasami pod biurkiem wystukując miarowe rytmy maili i zniecierpliwiona się już tego weekendu doczekać nie mogę. Od pracy odciągają mnie frywolne i psotne myśli o kanapie, książce i herbacie, o psach i o bliskości Jego ciepłych dłoni, o czasie, który nie goni od sprawy do sprawy i o tych chwilach, kiedy oglądamy Comedy Central śmiejąc się do siebie.

Ostatnio motyle mi przymarzły do kręgosłupa, zasnęły snem zmęczonym, snem zimowym, niechętnie prostują swoje skrzydła budząc się na chwilę.

Czekam wiosny, wypuszczę je wtedy do nieba, niech sobie pobiegają z psami mrużąc oczy od słońca.

Dzisiaj jest dobry dzień. Dobrze mi dzisiaj w ten dzień.

środa, 27 października 2010

Dzień rozedrgany słońcem.

Przez otwarte okna pozwalam słońcu rozgościć się w domu.
Bez słowa zagląda mi w kąty.
Zakamarków się boi.
Podpija mi herbatę z kubka z ozdobnym uchem.  
Niemiłosiernie krusząc podjada ciastka.

Czekoladowymi paznokciami uderzam w stół
Wystukując rytm bicia mojego serca.
Ośmielona swoim zadumaniem zamykam oczy.
Myśli łuskam jak orzechy i zjadam ze smakiem.

A Ty w tym wielkim świecie
Znaczysz ani mniej ani więcej
Niż ja tutaj u siebie
Z głową napuchniętą od marzeń i wrażeń.  



wtorek, 26 października 2010

Na raz i na dwa.

Niewiele potrzeba mi do szczęścia. 

Słońca czasem, a niekiedy nocnej śnieżycy, butelki wina białego półwytrawnego i kogoś do rozmów, do śmiania się i do płaczu, pączka, miękkiej poduszki, koronkowej bielizny, ciepłej zupy i nigiri od czasu do czasu. I dobrej książki, którą się czyta pół nocy albo nawet do rana. Kawy z pianką i kaloszy na deszcz. I merdania psiego ogona. I kociego miauczenia. Ciepłej czapki i parasola, biletu na pociąg tam, gdzie dobrze będzie, gorącej kąpieli w wannie pełnej piany i tlącego się płomienia świecy. Krajobrazów karmiących zaślepione miastem oczy i muzyki, której melodię nuci się robiąc kolację dla Niego. Orzeszków laskowych, ptasiego mleczka i chusteczek do łez otarcia. I internetu bezprzewodowego. I schabowego na niedzielny obiad u mamy. Sziszy na tarasie, letnich rozgrzanych słońcem wieczorów i imprez, które kończą się śniadaniem w Lemonie. I żeby widzieć i czuć więcej...


Czerp radość jesienią!

   

piątek, 15 października 2010

Kolejny dzień października.

Pomogło wczoraj. Jednak stare sprawdzone sposoby są najlepsze w krytycznych momentach. Nie ma co się opierać tradycji, na smutki najlepszy łyk wódki. No dobrz, wódki może nie łykam, ale do rymu mi pasowało, więc nie odmówię. Coś w tym jest, że smutki najlepiej utopić. Nawet deszcz, który mnie rano swoim miarowym, kołyszącym stukaniem o szyby budził i usypiał jednocześnie, ustąpił miejsce słońcu. Chociaż jak tak patrzę na niebo, to dzisiaj tam w górze raczej będzie się toczyć nieustanna walka tych dwojga. 

Nie wiem dlaczego pomyślałam teraz o miłości. Czy miłość jest walką? Jakoś tak mi się kojarzy.... Z walką o siebie, o Nas, o dobre ze złymi chwilami, walką o Ja i o Ty... Dlaczego będąc z kimś mam wrażenie, że ktoś chce mi zabrać mnie samą, że poświęcenie, którego się ode mnie wymaga, wcale nie jest warte swojej ceny. Z uśmiechem na ustach mamimy swoje myśli nazywając to kompromisami i klaszczą nam brawo, gdy zatracamy siebie kolejny raz. Kompromisy wszak są potrzebne i oczekiwane! A z czasem coraz mniej w nas siebie samych, coraz bardziej zmuszamy się do zmian w imię wyższych celów. Rozwścieczeni tupiemy nogami żądając i nie dostając w zamian tego samego. 
Czy wogóle w miłości da się tak po równo dzielić? Dawać i zabierać tyle samo? 


A z okazji piątku młoda, rysunkowa, rymowana myśl feministyczna.



środa, 13 października 2010

Kolejny dzień po lecie.

 Szłam dzisiaj chodnikiem czubkiem szpilki rozgarniając pomarańczowe, szeleszczące liście. Słońce jeszcze nas rozpieszcza swoim ciepłem, ale gołe kikuty drzew straszą zimą... Na stałe już włożyłam moją panterkową parasolkę, prezent od mamy, do torebki, wyczekując jesiennej słoty. Synoptycy wróżą srogą zimę, do której zupełnie mi się nie spieszy, a w powietrzu czuć już drażniący mroźny zapach. I ta malownicza mgła w powietrzu okrywająca krajobraz, zwłaszcza ranem. Dni mijają nieubłaganie, bezwzględne dla naszych uczuć. Jeszcze chyba nie przywykłam do zimna, ponieważ ciągle marznę. Moje dłonie przyrastają powoli do kubka gorącej herbaty, bo traktuję to obecnie jako szybko dostępne, odnawialne źródło ciepła. 
 Mam aktualnie ciut więcej czasu, żeby nie w biegu popatrzeć na świat, na ludzi gdzieś pędzących . Do tej pory zawsze razem z tym tłumem goniłam czas, więc bawi mnie ta nowa możliwość obserwacji z perspektywy kogoś 'z boku'. Robię więcej zdjęć, mniej narzekam, więcej mam czasu na czytanie książek i z dziką satysfakcją czasem patrzę sobie w słońce - bo jeszcze niedawno pracując w korpofabryce słońce świeciło mi zza pleców prosto w ekran monitora, więc zasłaniałam rolety a wraz z nimi widok na słońce.

Jedno niezmiennie mnie zastanawia: dlaczego ludzie biegną do metra? Biegną taranując stalowe bramki, po tych stromych stronach ryzykując połamanie nóg i nosa, wpadają prosto w zatrzaskujące się drzwi albo bez sukcesu dopadają odjeżdżający już prawie wagon. Po co, skoro za 1,5 minuty, no góra 3 minuty, będzie kolejne metro?
Wiem wiem, czas to pieniądz, ale to tak głupkowato wygląda, jak biegnie taki jeden ambitny gubiąc nogi, a wszyscy na peronie obstawiają w duchu zdąży czy nie zdąży?


By the way: wygrzebane z sieci.
Bo chłopcy nie muszą być niebiescy, a dziewczynki różowe.
Uwielbiam takie kreatywne podejście do zwyczajnych przedmiotów.  
Osoby łatwo gorszące się proszone są o szybkie przeniesienie obu dłoni na oczy w celu zakrycia ich!
A ja jestem ciekawa wersji dla dziewczynek.






poniedziałek, 11 października 2010

Nieskoordynowany jesienny nalot melancholii


i znów dzisiaj stoję przed Tobą
wpatrzona w banalną fakturę Twojego płaszcza
z rozwianymi na wietrze myślami
rozgrzanymi od jesiennego słońca
realna aż do bólu odbijam się cieniem w szarości chodnika
szukając odpowiedzi w szeptach przechodniów
czuję tylko zapach papierosa
szczęśliwa wbrew sobie udaję obojętność
licząc guziki w Twoich mankietach
czaruję Ciebie swoim uśmiechem
mamię blaskiem moich czarnych włosów
a Ty rozpływasz się pod moim spojrzeniem
choć starasz się grać swoją rolę
pewnego siebie faceta
wiem, że teraz jesteś szczęśliwy
i wiem, że Cię to przeraża



piątek, 8 października 2010

Zimno.

Nawet strasznie zimno. Jeszcze słońce trochę nas mami wspomnieniami lata, ale zdecydowanie nic innego, jak tylko pierwszego śniegu wypatrywać. Ostatnio, dla urozmaicenia chyba, wieje zimny, przejmujący wiatr, od którego czuję się jak skamienielina.Chyba faktycznie w tym roku synoptykom się uda nas zaskoczyć i ich prognozy o szybkiej, srogiej zimie, się sprawdzą. Dla mnie więc zaczyna się najdłuższy i najgorszy, bo zimny, czas w roku. Nie ma litości, będę marzła do lata! Pocieszające jest tylko to, że nie pada! Szarobure krajobrazy otumaniają myśli i czynią rzeczywistość smętną. I my tak trwamy w tym letargu do lata... 
Być misiem i przespać to - oto jest plan!


Leśne znalezisko z wczoraj. Ładne. Jak z bajki 'Alicja w Krainie Czarów'.