Czasem, pisząc tutaj, zapominam, że te wypluwane z rożnych powodów myśli później do mnie wracają tam, na zewnątrz. Pozdrawiam więc wszystkich czytających, którzy później, już w realu, zadają pytania uzupełniające ;)
Wczoraj byłam na koncercie Matisyahu. Odpłynęłam poprostu. Koncert był niecodzienny, po części ze względu na miejsce, bo w Synagodze, a dla mnie to, że się tak wyrażę, konkurencja (nie, to nie bluźnierstwo). Poza tym dlatego, że Matisyahu to ortodoksyjny żyd będący jednocześnie wokalistą, raperem, a także beat-boxerem (za wikipedią). Atmosfera - całkowicie niesamowita! Dźwięki robiły gęsią skórkę unosząc się w półmroku synagogi... Wrażenie zostało dużo dłużej niż tylko w drodze do domu.
Czy ja już mówiłam, że życie jest piękne?
No to jest :)