Moje niezdrowe fascynacje...
Mijamy się codziennie w życiu koło siebie i mamy jakieś o sobie wyobrażenia, które zawsze są tylko wyobrażeniami, bo tak naprawdę wszyscy nakładamy na siebie warstwy z emocji i masek, broniąc do siebie dostępu.
Przeżywam ostatnio w tym całym moim zamieszaniu totalne zauroczenie innymi mężczyznami.
Chciałabym każdego z osobna przeniknąć, wejść do środka i zobaczyć na własne oczy to, co ukrywa przed innymi. Poznać wszystkie doświadczenia, szczęśliwe chwile i te, które zrobiły trwale rany...
Chciałabym z każdym z nich zjeść śniadanie, napić się kawy, oglądnąć film o życiu i wypić butelkę wina, odpłynąć, leżąc nocą na trawie i patrząc w gwiazdy. Chciałabym się kochać, zabrać dla siebie tą najintymniejszą cząstkę i schować ją głęboko w sobie...
A później już nigdy więcej się nie spotkać.
Nie wiem kiedy dokładnie naszła mnie ochota, to pożądanie innych... to pożądanie poznania...
Chciałabym być takim klaserem emocji i doznań, które później nie dają spać w nocy ani mi, ani jemu...
Będąc z kimś tylko ten jeden jedyny moment w życiu, do którego już nigdy później nie ma powrotu, a mijając się znowu będziemy udawać, że nic nigdy się nie stało.
Myślę, że to właśnie poznawanie się jest zawsze najzdrowsze.
To jest ten jedyny moment, kiedy można mieć dystans, być otwartym, ale nie angażować się.. czuć czyste emocje - można powiedzieć wszystko i wszystkiego wysłuchać, bez obaw o to, co usłyszymy...
Wszystko, co dzieje się w konsekwencji tych pierwszych rozmów robi się skomplikowane. Pojawiają się domysły, zazdrość, roszczenie sobie praw do drugiej osoby... a na to nie mam sił i tego się boje.
Chciałabym nie trzeźwieć wcale, dopóki się nie pozbieram i nie będę znowu gotowa zmierzyć się z tymi lękami. Na trzeźwo to wszystko jest cholernie trudne.
Wszyscy jesteśmy tylko sumą wrażeń, myśli, emocji i uniesień...
