Właśnie minął kolejny dzień. Poniedziałek.
W pracy urwanie członków + rzeczy, o których pisać nie mogę
Przez które mój poziom rozproszenia osiągnął kulminację
Ambitne plany popołudniowe skończyły się niczym.
Poza praniem. I spacerem z psami.
Piękne burzowe chmury okazały się być zimną ulewą
Zmokłam. Psy też.
Mój penthouse wygląda jak po wizycie kapeli rockowej - jest słabo.
Mam górę, wielką górę garów w zlewie.
Kurz na centymetr. Na czarnych meblach naprawdę widać.
Ciuchy są wszędzie. I przykro mi, że zanikł u mnie odruch odkładania ich do szafy.
Zrobiłam zakupy na obiad, ale mnogość fasolki szparagowej mnie przerosła i nie miałam sił nic z tym zrobić.
Teraz jestem głodna.Bardzo głodna.
W sobotę idę na wesele. Nie mam sukienki. Ani butów.
Zaczynam odczuwać dramatyzm tej sytuacji.
Do tego muszę pokolorować i obciąć włosy, a nawet jeszcze nie umówiłam wizyty u fryzjera.
I tak widzę bezsens tego działania, bo rudy na moich włosach jest rudym przez max 2 tygodnie.
Później staje się złocistym blondem.
Na nową fryzurę w zasadzie nie mam pomysłu. Włosy do pasa niestety wydają się nierealne.
Na jutro musiałam odświeżyć mój pedicure. DO PRACY.
Siedzę więc teraz z rozcapierzonymi paluchami i czekam aż wyschną.
Dochodzi pierwsza. Jutro znowu ledwo wstanę.
Przeczytałam, ile mój kolega zrobił dzisiaj i się załamałam - jestem leniem.
Niech się to coś, co mnie dopadło, już skończy, bo naprawdę muszę posprzątać w domu.
