poniedziałek, 27 lutego 2012

Dzisiaj wiosna w Paryżu.

Kawa w kawiarni za rogiem.
Przepiękne słoneczne południe.
Wołasz na kelnera prosząc o rachunek, a on pyta, czy ma Ci zapisać numer swojego telefonu.
Podoba mi się tu.
Merci to, merci tamto.
Nic nie rozumiem z tego ich francużenia, ale mogę słuchać godzinami.
Jeśli stoisz pięć sekund z mapą w ręce, zaraz ktoś Cię zaprowadzi tam, gdzie trzeba.
Nawet, jak nie chcesz i mówisz, że dasz sobie radę sam.
A służbowo sala jak w onzecie.
Jak pomyślę, że jutro mam tam stanąć na środku i powiedzieć dużo mądrych słów, to omdlewam.
Ale powiem.
A póki co objadłam się muli i opiłam winem.
Mule w winie podano z frytkami - dwie pyszności w jednym daniu. Très bien!




Polski akcent:



Zakupiłam słynne ciasteczka Madeleines, od których podobno zaczyna się akcja Prousta W poszukiwaniu straconego czasu. Koincydencja zdarzeń, bo to właśnie jest kolejna pozycja na liście moich must read. Zachciało mi się jej z polecenia K.Jandy, którą wzięłam ze sobą.    





7 komentarzy:

  1. No nie powiem, ze mi zal d... nie sciska :-))))

    Chlon ten Paryz ile mozesz :-)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. ulala, magnifique..!
    i madleeeeeen...
    ja za to kocham się w egzotycznej, choć niebywale brudnej Marsylii ...:)
    pozdrów ode mnie Montmartre!

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapachniało "Amelią" - uwielbiam słuchać francuszczyzny :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Widać, że meiszkańcy sympatyczni ; )

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny blog. Będę zaglądać.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale Ci tam smacznie, pięknie i słodko :) A jutro staniesz i będzie gut!

    OdpowiedzUsuń